Polski trener niczego nie żałuję i ma apel do młodzieży
Ponad dwa miesiące temu trener Kamil Brzozowski odszedł z Moonfin Malesy Ostrów. Wraz z nim to samo uczynili Kacper Gomólski i Angelika Topolska. – Niczego nie żałuję. Nie można być przez cały czas pionkiem – mówi Kamil Brzozowski.
Szkoleniowiec rozłożył także problem ze smartfonami i napojami energetycznymi wśród młodych adeptów i zawodników na czynniki pierwsze. – Mam wrażenie, że nikt nie wie, że ma problem – przyznaje Kamil Brzozowski.
Interia Sport: Minęły ponad dwa miesiące od Pańskiego odejścia z Ostrowa. Nadal Pan uważa, że to była właściwa decyzja?
Kamil Brzozowski, były trener pierwszej drużyny oraz młodzieży w Moonfin Malesie Ostrów: Decyzji cofnąć już nie mogę, ale gdyby taka sytuacja się powtórzyła, postąpiłbym dokładnie tak samo. Niczego nie żałuję. Tak wewnętrznie czułem i podjąłem ją w zgodzie z samym sobą. Szkoda mi tylko jednego.
Czego konkretnie?
– Tych młodych chłopaków. Znałem ich odkąd przyszli do szkółki i nie potrafili dobrze w lewo jeździć. Teraz już sobie dobrze radzą. Mam z nimi dobry kontakt i nawet dziś z niektórymi rozmawiam. Mam na myśli m.in. Pawła Sitka, Nikoda Łuczaka czy Tobiasza Potasznika. Mamy go niemal dzień w dzień. Wiem, że przygotowania zimowe są bardzo ważne, bo wtedy jazda na motocyklu będzie przychodziła jeszcze łatwiej.
Trochę Pan jednak czasu w Ostrowie spędził. Naprawdę nie było żadnego żalu?
– Spędziłem tam 4 lata i wspominam je bardzo dobrze. Nie mogę mieć do nikogo żalu. Takie jest życie. Każda praca to jest czysty biznes. Nie można być jednak przez cały czas pionkiem i legitymować czyjeś decyzje. Gdy coś się złego dzieje, to mam iść do wywiadu i odpowiadać za czyjeś ruchy. Urazy żadnej nie mam, kłótni nie było, więc żyjemy w zgodzie.
Czym Pan się teraz zajmuje? Będzie odpoczynek od żużla?
– Nie będzie dużego odpoczynku, bo dostałem parę propozycji od młodych chłopaków, żeby się nimi zająć i być swego rodzaju mentorem. Coś powoli się klaruje, a być może już się wyklarowało, lecz nie jest jeszcze klepnięta pewna praca. Na brak zajęć na pewno nie będę narzekać.
Czyli pójdzie Pan bardziej w stronę indywidualnej pracy z zawodnikami? Porzuca Pan drogę trenera pierwszej drużyny?
– Nie, nie. Sprawa wygląda inaczej, ale nie chcę za dużo mówić, bo to świeży temat. Dostałem pewne zapytanie, ale nie chcę wychodzić przed szereg. Niech odpowiednie osoby same o tym jako pierwsze poinformują.
Dużo spłynęło ofert?
– Było bardzo dużo luźnych zapytań i one nadal spływają. Mogę jedynie zdradzić, że dostałem jedną konkretną ofertę, i to nie tak dawno, ale nie chcę zdradzać szczegółów. Na razie trwa okres zimowy, gdzie tej pracy w klubie za wiele dla nas nie ma. Nauczyłem się od Mariusza Staszewskiego, że praca z młodzieżą w trakcie przerwy zimowej jest również ważna i kładliśmy na to nacisk osobiście. W innych klubach wygląda to jednak inaczej.
To znaczy?
– Tam są zatrudnieni konkretni ludzie do przygotowań fizycznych. Każdy ma swoją konkretną rolę. U nas zawsze to my staraliśmy się z nimi trenować w postaci biegania, siłowni czy innych aktywności.
Z kogo Pan czerpie największą inspirację?
– Każdy człowiek jest inny i ma swoją filozofię pracy. Najwięcej czasu spędziłem z trenerem Chomskim, gdzie byłem zawodnikiem i wychowankiem, oraz z trenerem Staszewskim, u którego raczkowałem pod kątem pracy z młodzieżą.
Jak to wyglądało?
– Wprowadził mnie w to i nauczył wielu rzeczy. Wydaje mi się, że zdałem egzamin, będąc bardzo zaangażowanym w to zajęcie. Dzień w dzień byłem z nimi na stadionie, trenując ich, składając motocykle lub jeżdżąc na zawody. Żeby były jakieś efekty, trzeba się poświęcić. Tego się nauczyłem.
Był ktoś jeszcze?
– Pod koniec sezonu spędziłem trochę czasu z trenerem Piotrkiem Baronem. My trenowaliśmy w Toruniu, a oni u nas w Ostrowie. Zaczerpnąłem trochę tej cennej wiedzy. Poza tym od dłuższego czasu mam też kontakt z Robertem Kościechą.
I czego Pan się najbardziej nauczył?
– Szczególnie podejścia do młodzieży. Czasami trzeba na nich krzyknąć, żeby dotarło. Wiadomo, mamy inne czasy, inne pokolenie i one są od siebie zgoła różne. Wystarczy posłuchać Krzysztofa Kasprzaka, który podjął temat uzależnienia od smartfonów. My tego świata nie zmienimy, ale musimy się do niego dopasować. Na pewno będzie to dużo łatwiejsze. Nie chodzi tu o to, żeby zakazać im używania, tylko wszystko musi być robione z rozsądkiem.
Czyli zgadza się Pan z Krzysztofem Kasprzakiem?
– Oczywiście, że tak. Wszystkie te aplikacje, tiktoki i inne nie działają pozytywnie na głowę. Nawet dzień przed meczem korzystają z telefonów do późna i niebieskie światło nie wpływa na nich korzystnie. My tego nie zmienimy, ale musimy odpowiednio się w to wkomponować i nauczyć ich rzadszego korzystania. Wiem jednak, że to będzie bardzo trudne zadanie.
Jak sobie z tym poradzić?
– Trzeba ich nauczyć samodzielności, odpowiadania za siebie i zaangażowania. Trzeba powtarzać jak mantrę, że talent to jest 20%, a sukces buduje systematyczna praca. Trzeba też mieć na uwadze w jakim otoczeniu przebywamy, bo mimo wszystko z kim przystajesz, takim się stajesz. Żeby coś z nich było, to muszą jeść żużel na śniadanie, obiad, kolację i iść z nim spać.
Spotkał Pan się z jakimś młodym chłopakiem, który zdaje sobie sprawę, że ma taki problem?
– Mam wrażenie, że nikt z młodych chłopaków nie wie, że ma problem. To jest nałóg. Wstają rano i pierwsze co robią, to spoglądają w telefon. Tak to niestety wygląda. Idą na śniadanie z telefonem i widać to gołym okiem podczas obozów.
Co tam się dzieje?
– Ktoś znajdzie jakiś śmieszny filmik, to od razu musi się tym pochwalić i tak się to zapętla. Później są rozkojarzeni. Niby można tego zabronić, ale nie uważam, żeby wyszło z tego coś dobrego. Trzeba znaleźć złoty środek. Taki chłopak jest już uzależniony od tego smartfonu. Zresztą podobnie jest z napojami energetycznymi.
Jak to wygląda?
– Niektórym wydaje się, że wypijając energetyka będą trzy punkty z przodu. Tak to nie wygląda. Całe szczęście, że wprowadzono chociażby możliwość zakupu od 18. roku życia.
I chyba dlatego kluczowa jest współpraca na linii trener-rodzice.
Zgadza się. Dobra relacja z rodzicem i wiedza, jak się adept zachowuje w domu oraz szkole jest bardzo ważna. Z drugiej strony nie można też nikogo zagłaskać, bo jeśli ktoś chce być żużlowcem i ścigać się ponad 100 kilometrów na godzinę bez hamulców, to nie może być w 100% grzecznym chłopcem. Musi być trochę nadpobudliwy i oderwany od rzeczywistości.
Źródło: sport.interia.pl








