Na torach żużlowych rywalizują setki zawodników, mistrzami zostają nieliczni. Dlaczego nie wszystkim się udaje? Jednym brakuje talentu, innym szczęścia, jeszcze inni zaczynają kariery w nieodpowiednim czasie. Jednak pomimo przeciwności można zapisać się złotymi zgłoskami w historii żużla i wspomnieniach kibiców.

Nie wierzycie? Poznajcie historię Roberta Przygódzkiego.

Throwback Thursday, czyli wspomnieniowy czwartek. W mediach społecznościowych te dwa wyrazy poprzedzone tradycyjną kratką oznaczającą hasztag są niezwykle popularne. Tego dnia, czyli w każdy czwartek użytkownicy social mediów dzielą się swoimi starymi zdjęciami – z dzieciństwa czy też czasów szkolnych, a np. sportowcy z okresu, gdy byli u progu swoich wielkich karier.

Twój Portal Żużlowy w każdy czwartek w godzinach wieczornych dołącza się do „wspomnieniowego czwartku” poprzez publikację tekstów dotyczących zawodników, którzy zjechali już z torów, a przed laty tworzyli oni piękną historię naszego sportu. Czwartym bohaterem cyklu „Twarze Speedwaya” jest Robert Przygódzki.

Zaczynał karierę w latach 80-tych w częstochowskim Włókniarzu. Dla polskiego żużla w ogóle były to trudne czasy, natomiast dla klubu spod Jasnej Góry były to czasy wybitnie złe. Niektórzy określają je mianem „czarnej dekady” i nic w tym dziwnego. Po paśmie sukcesów jakie miały miejsce w latach 70-tych klub zaczął podupadać. Brakowało pieniędzy, talentów, a wynikiem tego wszystkiego były wyniki, znacznie poniżej oczekiwań kibiców. Zwycięstwa biało-zielonych można było policzyć na palcach jednej ręki. Pamiętający lata glorii kibice z łezką nostalgii wypatrywali lepszych czasów, ale patrząc na poczynania zawodników istniały obawy, że one nigdy nie nadejdą. W takiej atmosferze rozpoczynał karierę nasz bohater. – Do szkółki zapisałem się mając osiemnaście lat – wspomina Przygódzki. – Dzisiaj uznano by mnie za starego i pewnie jazda na żużlu przeszłaby mi koło nosa – śmieje się.

Do licencji przygotowywał go Wiktor Jastrzębski, zaś sam proces egzaminacyjny przeszedł już pod okiem Bernarda Kacperaka w czerwcu 1986 roku (większość źródeł podaje rok 1987, co jest nieprawdą). – Zdawaliśmy licencję w plastronach Falubazu, bo zapomnieliśmy swoich – opowiada ze śmiechem 54-letni dzisiaj zawodnik.

Robert Przygódzki przyczajony za plecami rywala (fot. archiwum zawodnika)

Od razu jednak odezwał się pech, towarzyszący częstochowianinowi niemalże do końca kariery. Nie mógł startować w zawodach, ponieważ… wrócono do absurdalnego przepisu, że zawodnik może się ścigać, jeśli posiada prawo jazdy.

Wychowanek Włókniarza zadebiutował tym samym dopiero w następnym sezonie. Próbując nadgonić stracony czas doświadczenie zdobywał głównie w zawodach o MDMP (w czterech turniejach eliminacyjnych wywalczył 27 punktów; więcej od niego w barwach Włókniarza zdobył tylko Sławomir Drabik), chociaż i w meczach ligowych coraz częściej pojawiał się na torze (33 miejsce w klasyfikacji drugoligowców ze średnią nieco poniżej 1,3 punktu na bieg). Odnotował również swą obecność w finale MMPPK.

Lata mijały, a Przygódzki wciąż pozostawał wierny biało-zielonym barwom. – To były naprawdę fajne czasy – wspomina po latach, kiedy siedzimy w ogródku jednej z częstochowskich restauracji. – Spotykaliśmy się razem na stadionie, razem pracowaliśmy przy sprzęcie. Nie żałuję, że moja przygoda rozpoczęła się właśnie wtedy.

Z czasem jednak, mówiąc krótko, klimat zaczął się psuć. Zmiany ustrojowe przełożyły się na funkcjonowanie klubów sportowych. Działacze na przykład zmuszali zawodników do rejestracji w urzędzie pracy, aby zaciągać bezzwrotne kredyty. Sportowcy nie mieli wówczas zbyt wiele do powiedzenia. Odczuł to również nasz bohater. – Był czas, że zatrudniono nas na stypendium sportowym, od którego oczywiście nie odprowadzano składek – mówi. – Transfery? O tym, że przechodzę do Machowej dowiedziałem się jako ostatni!

W Victorii zawodnik z Częstochowy zbyt wiele nie pojeździł, bowiem drużyna szybko wycofała się z rozgrywek, a on sam trafił do Opola, gdzie spędził trzy sezony. Powrócił do Włókniarza dopiero przed sezonem 1996. Fanom z Olsztyńskiej nie trzeba przypominać co się wtedy wydarzyło. – Nikt nie spodziewał się, że zostaniemy drużynowymi mistrzami Polski – wspomina z delikatnym uśmiechem Przygódzki. – Mało kto wie, że po raz pierwszy w życiu miałem wtedy nowy motocykl, i to od razu dwa! Wiele osób odradzało mi przejście do Włókniarza, mówili, że pierwsza liga nie jest dla mnie. Ale spróbowałem i dzisiaj wiem, że było warto. Przecież my nic nie musieliśmy. To był klucz do sukcesu.

Co było zatem przyczyną, że rok później urzędujący mistrz Polski spadł do II ligi? „Rumun” – jak nazywali go koledzy z toru, wzbrania się przed ferowaniem wyroków, podkreślając, że niewiele razy pojawił się na torze. Rzeczywiście. W roku 1997 odjechał zaledwie dziewięć ligowych wyścigów. Wszystko oczywiście przez kontuzje, które stanowiły wynik jego ogromnej ambicji i towarzyszyły mu niemal przez całą karierę. – Zaczęło się od tego, że w Gorzowie uszkodziłem kolano – wspomina mistrz Polski z 1996 roku. – To jednak było pół biedy. Krótko później na torze w Toruniu, którego dzisiaj komisarz toru za żadne skarby by nie dopuścił, wyciągnęło mnie na jednym z łuków i w efekcie wyrwało mi rękę ze stawu barkowego. Skutki tej kontuzji odczuwam zresztą do dzisiaj.

Najsmutniejsze jest to, że wychowanek Włókniarza, został przez klub zostawiony samemu sobie. Do kliniki w Piekarach dostał się niejako przy okazji wizyty Wiesława Jagusia, a żmudną rehabilitację przechodził praktycznie we własnym zakresie. Mijały miesiące i chyba wszyscy już go skreślili. Dla Przygódzkiego nie było większej motywacji. – Zaciskałem zęby, łzy płynęły po policzkach, ale ćwiczyłem – opowiada. – Lekarz dopuszczający mnie do ponownej licencji był w szoku, kiedy powiedziałem, że wracam na tor. Sam wcześniej stwierdził, że prędzej mu kaktus wyrośnie niż „Przygódzki będzie jeździł”.

Po niemal trzech latach od feralnego wypadku „Przygoda” ponownie uzyskał certyfikat uprawniający do startu w zawodach żużlowych (zresztą na torze w Częstochowie) i w 2000 roku wrócił na tor. Dobre wyniki w barwach Wandy Kraków sprawiły, że trafił do Tarnowa, gdzie chętnie spożytkowano jego doświadczenie. – W Krakowie nie wywiązali się z umowy, mieliśmy mały konflikt i poszedłem do pana Wardzały z pytaniem czy nie potrzebują dziadka do drużyny. W Tarnowie było naprawdę świetnie. Wypłata zaraz po meczu, wszystko zgodnie z umową. Atmosfera też była świetna, eksplodował talent Janusza Kołodzieja i awansowaliśmy – przyznaje żużlowiec.

Robert Przygódzki zawsze należał do walczaków (fot. archiwum zawodnika)

Zawodnik pracował jednak zawodowo u swojego sponsora i zdawał sobie sprawę, że wyższa liga, to duże wyzwanie, więc przeniósł się do Lublina, gdzie… również zasmakował awansu. Historia zatoczyła koło i wychowanek Włókniarza ponownie trafił do Wandy, która… wycofała się z rozgrywek po pięciu rundach. Ostatni mecz Przygódzki w polskiej lidze odjechał 19 czerwca 2003 roku. W potyczce pomiędzy Wandą Kraków, a zespołem z Opola zdobył 9 punktów w 6 biegach. Zapisał wówczas na swoim koncie jedno z dwóch indywidualnych zwycięstw krakowskiej drużyny.

Tak naprawdę od momentu powrotu w 2000 roku to była dla mnie zabawa. Lubiłem się poślizgać, więc dopóki płacili było dobrze. Zrozumiałem jednak, że to chyba koniec. Kupiłem dom, nie mogłem dokładać do motocykli, wypadało powiedzieć „pas” – podsumowuje zawodnik, reprezentujący w ciągu swojej kariery barwy klubów z Częstochowy, Machowej, Opola, Krakowa, Tarnowa i Lublina.

Przygódzki zapamiętany jest przede wszystkim z powodu swej nieustępliwości na torze. Skąd wzięła się jego ambicja?- Nie miało się startów, to trzeba było nadrobić na dystansie, połykając przy okazji parę kilo żużla – śmieje się nasz bohater.

Trudno nie lubić Roberta Przygódzkiego. Jest szczery, bezpośredni, a przy tym skromny. Chętnie opowiada o żużlu i o swojej karierze. Śledzi wyniki rozgrywek i w miarę możliwości bywa gościem stadionu przy Olsztyńskiej. Chociaż trudne początki i nakładające się na siebie kontuzje sprawiły, że nie odnosił wielkich sukcesów, jego ambicja na torze zaskarbiła mu sympatię kibiców. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że bez takich ludzi, jak Robert Przygódzki, żużel miałby mniej ludzkie oblicze.

źródło: inf. własna

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.