Jeszcze kilka lat temu sekcja speedrowera w Tarnowie liczyła ponad dwudziestu zawodników i w swoim składzie zrzeszała nie tylko rodowitych tarnowian, ale również jeźdźców z Krosna, Zielonej Góry, czy również posiadała w swoich szeregach reprezentantów Wielkiej Brytanii.

Dziś na speedrowerowych torach ujrzeć możemy tylko jednego tarnowianina. Jest nim Artur Pisarek, który chcąc kontynuować swoją pasję, niejako zmuszony jest do „tułaczki” po kraju zdobywając punkty dla klubów, jak chociażby te z: Rybnika, Poczesnej, Kalet czy Świętochłowic. Dziś w rozmowie z serwisem twojportalzuzlowy.pl opowiada o swojej przygodzie ze ściganiem w lewo, a także o początkach i końcu tarnowskiej Przystani.

Konrad Cinkowski (Twój Portal Żużlowy): – „Ostatni Mohikanin”, znasz ten film?
Artur Pisarek (zawodnik PKS Victorii Poczesna w sezonie 2020): – Słyszałem o nim. Nie widziałem, ale gdzieś tam na mojej liście „do obejrzenia” jest.

– Pytam, bo parę wątków można porównać do twojej osoby i walki o przetrwanie speedrowera w Tarnowie.
– (śmiech) No tak, mogłem się domyśleć. Tak jak mówiłem, nie widziałem filmu, więc ta postać nie jest mi znana, ale sam tytuł pasuje. Pomijając epizody Rafała Baumgartena i Dawida Żołądzia w barwach SPR-u RK Rybnik, od sześciu sezonów jestem jedynym tarnowianinem ścigającym się i w ogóle zaangażowanym w speedrower.

– Jeżdżąc po Polsce na różnego rodzaju zawody, czy to w roli kibica, czy obserwatora to czujesz nutkę żalu i niedosytu, że musisz przywdziewać barwy innych zespołów, choć jeszcze kilka lat temu Przystań Tarnów była w całkiem niezłej kondycji?
– Szczerze mówiąc to niezupełnie. Jestem typem indywidualisty. W myśl tekstu Wojtka Powagi znanego z absolutnego hitu Myslovitz – „Lubię się schować na jakiś czas i jakoś tak / Nienaturalnie, trochę przesadnie, pobyć sam.” Samotne podróże samochodem na zawody stwarzają mi właśnie taką możliwość. Podmiot liryczny „Długości dźwięku samotności” wychodził na drzewo, patrzył w niebo, a ja relaksuję się prowadząc auto przy akompaniamencie dobrej muzyki, niejednokrotnie właśnie dawnego Myslovitz. Wszystko jest wtedy zależne ode mnie – jadę którędy mi się podoba, zatrzymuję się wtedy, kiedy potrzebuję. Speedrower jest tak małym środowiskiem, że żadnej z wielu drużyn, dla których startowałem nie czułem się obco. Oczywiście, żal mi tego, że w Tarnowie już nie ma drużyny. Przez siedem lat świetnie się bawiliśmy, przeżyliśmy niezapomniane momenty, można godzinami przytaczać anegdoty. Okolice toru, który nadal istnieje rok temu znacznie wypiękniały i szkoda, że nic na nim się nie dzieje. Co do drugiej części pytania, to nie do końca jest tak jak mówisz. Od 2011 roku było ciężko. Z kilku przyczyn drużyna zaczęła się wykruszać, coraz ciężej było zebrać drużynę, brakowało zaangażowania w sprawach organizacyjnych. Tak naprawdę, poczynając od sezonu 2012, każdy miał być tym ostatnim dla Przystani. Co ciekawe, ja mieszkałem wtedy w Krakowie i potrafiłem wskoczyć w pociąg, tylko po to żeby przyjechać na dwie godziny treningu. W tamtych czasach linia kolejowa nr 91 łącząca Kraków z Tarnowem, przebiegająca tuż obok toru, była modernizowana, więc podróż w dwie strony zajmowała nawet pięć, sześć godzin. Innym, będącym na miejscu było nie po drodze, więc to musiało się skończyć. To, że z Kamilem Krawczykiem, Dawidem Żołądziem czy Michałem Sigedą przedłużyliśmy to wszystko o dwa lata jest sporym sukcesem.

– Nie myślałeś o tym, aby w rozgrywkach poza ligowych występować jednak w charakterystycznej „niebiesko-czarnej” bluzie z tarnowską przynależnością klubową?
– Niebiesko-czarne to lata 2009-2011, potem były biało-błękitne. Tę pierwszą mam schowaną w szafie jako pamiątkę. Zostało na niej kilka śladów po upadkach, więc nie chcę jej zniszczyć do końca. Ona przypomina najlepsze czasy tarnowskiego speedrowera i niech ma się dobrze na zasłużonej emeryturze. W białej natomiast zdarza mi się występować w zawodach towarzyskich i na treningach.

– Zanim porozmawiamy dokładniej o twojej karierze, to zatrzymajmy się na chwilę przy Przystani. Podwaliny pod speedrower w waszym mieście formowały się od początku tego tysiąclecia, ale sport ten nie cieszył się jakimś olbrzymim zainteresowaniem.
– Uściślijmy jedną rzecz. Nie chcę mówić o jakiejś karierze. Na torze spędziłem jedenaście lat, świetnie się bawiąc, ale żeby to nazwać karierą, musiałbym jeszcze coś osiągać, a indywidualnych sukcesów na próżno szukać w moim dorobku. Zgodziłbym się, że swoją przygodą pretenduję do miana „Eddiego Edwardsa polskiego speedrowera” (śmiech). Co do podwalin… Jak w każdym żużlowym mieście, chłopaki naśladowali swoich idoli i bawili się w żużel na rowerach. Taka jest geneza tego sportu w Polsce i choć osobiście porównywanie i naśladowanie mi się nie podoba, to nie można zakłamywać faktów. Prawdą jest, że jakieś bardziej zorganizowane formy tej zabawy miały miejsce na początku stulecia, ale nie mogę za dużo o tym powiedzieć. W tamtych latach to ja na truskawki wchodziłem po drabinie (śmiech).

– Marne zainteresowanie sprawiło, że w 2007 roku jeden z Was – Mariusz znany również jako „Acmarian” postanowił zorganizować turniej pożegnalny i… odrodziło to raczkujący speedrower w Tarnowie.
– Z opowiadań wiem, że tak właśnie było. Ja przyszedłem w tej fali „narodzin po śmierci”, pod koniec 2007 roku. Chłopaki jeździli wtedy nawet w Lidze Śląskiej, która jest protoplastą dzisiejszej I ligi Okręgu Południowego. Pamiętam spotkanie organizacyjne 4 grudnia 2008 roku na Stadionie Miejskim w Tarnowie. Tam było powiedziane, że pod egidą Centrum Animacji Społecznej Horyzonty zgłaszamy się do PFKS-u i będziemy jeździć w rozgrywkach okręgowych. Byłem wtedy „świeżakiem” i niewiele z tego wszystkiego rozumiałem.

– Chyba nikt z Was nie przypuszczał wtedy, że szybko sięgniecie po znaczące sukcesy. Tymczasem Wy po dwóch latach byliście Drużynowymi Mistrzami Okręgu Południowego.
– Jak powiedziałem, ja wtedy za wiele nie rozumiałem, nie znałem się i wiedziałem głównie tyle, że Rafał Baumgarten jest czołowym juniorem w Polsce. Każdy był świadomy ogromu pracy, jaki trzeba wykonać, by móc się ścigać, a przede wszystkim na czym, bo podstawowym wyzwaniem była budowa toru spełniającego wymogi regulaminowe. Została ona wykonana i po dwóch latach byliśmy najlepsi na południu, co ważne swoimi chłopakami, bez żadnego zaciągu z zewnątrz. O ile rok 2008 był rokiem nauki, to w 2009 po rocznej przerwie od sportu powrócił Łukasz Piszczek. Narzucał nam wymagające treningi, które dawały wymierne efekty. Wszyscy tym żyliśmy w tamtych dniach. Piękne wspomnienia…

– Domyślam się, że spory żal ciągnie się za sezonem 2011? Miał być kluczowy, tymczasem z różnych przyczyn Piszczek, Pigoń, Pluczyński i Bandosz odchodzą do ekipy TPD Kalety, a Ben Mould i Andy Angell, choć mieli kontrakty, to nie byli brani pod uwagę ze względu na stan klubowej kasy.
– Spory żal mam głównie do PFKS-u, zwłaszcza jak patrzę na obecną geometrię w Lesznie. W 2010 roku przebudowaliśmy tor, który zamiast drugiego wiraża miał… trójkąt równoramienny. Zawodnicy, także ci z krajowej czołówki bardzo sobie go chwalili, ale na jedne z zawodów przyjechał siwy pan z pożółkniętym wąsem, który nigdy się nie ścigał, porobił zdjęcia i poskarżył się do PFKS-u. W efekcie federacja cofnęła licencję i nakazała przebudowę. Faktycznie, tor w rozumieniu matematycznym nie był owalem i nie miał dwóch osi symetrii, więc nie spełniał norm regulaminowych, ale tak też było wówczas w Zielonej Górze i nikomu to nie przeszkadzało. Teraz mamy dodatkowo Ostrów, Bargły i wspomniane Leszno, które również nie są owalami. Żeby mnie nikt źle nie zrozumiał. Bardzo dobrze, że te tory takie są. Wiraże o nieregularnych kształtach pozwalają na efektowniejsze ściganie. Przebudowa toru w Tarnowie przeciągnęła się do czerwca 2011, więc my pozbawieni możliwości normalnych treningów, z marszu jeździliśmy na zawody. Porażka za porażką. Do tego zreorganizowano rozgrywki, co w tamtym okresie było, moim zdaniem dużym błędem. Tarnów, Mikołów i Zielona Góra, typowo pierwszoligowe zespoły, nagle zostały wrzucone „do jednego wora” z tuzami takimi jak Leszno, Toruń, Żołędowo czy Gniezno. To już był łomot za łomotem i ludzie tracili miłość do speedrowera. Początek końca Przystani. Do tamtych transferów nie chciałbym już wracać. Były to w wówczas tematy gorące, ale to miało miejsce dekadę temu. W pewnych kwestiach rozumiem chłopaków dlaczego odeszli. Tak zadecydowali i zdobyli brązowe medale DMP. Widocznie tak miało być. Co do Brytyjczyków to ściągnąłem ich do Przystani, gdy jeszcze nie mieliśmy świadomości, że przebudowa toru będzie początkiem jednej wielkiej katastrofy. Gdy przegrywaliśmy mecz za meczem nie było sensu ich zapraszać na mecze. Żeby chłopaków nie blokować, daliśmy im wolną rękę, a TPD poszukiwało wzmocnień przed decydującymi meczami.

– Kolejne sezony, czyli lata: 2012, 2013 oraz 2014 to już egzystencja tych najbardziej zapalonych, którzy jeszcze resztkami sił próbowali ratować los tej dyscypliny w Tarnowie. W czym tkwił problem tarnowskiego speedrowera, że brakowało „świeżej krwi”?
– Moim zdaniem problem tkwi w mieście. Tarnów od lat przeżywa potężny regres niemal na każdej płaszczyźnie. Młodzi ludzie po zakończeniu edukacji uciekają za granicę lub do Krakowa i Rzeszowa. Tam mają większe możliwości rozwoju, a miasto umiera w oczach. My staraliśmy się jakoś ludzi zainteresować. Uważam, że przyzwoicie funkcjonowała strona internetowa i następnie, gdy zaczęło się to robić popularne, tzw. „fan page” na Facebooku, do tego prowadziliśmy nieformalną, przyjacielską współpracę z ŻSSA Unia Tarnów. Prezentowaliśmy speedrower przed meczami żużlowej ekstraligi kilka razy w sezonie. Czasem też pojawialiśmy się w szkołach. Nie dawało to dosłownie żadnych efektów. Jeśli w ogóle młodzi się pojawiali to bardzo szybko znikali bez słowa. Można powiedzieć, że to ogólnopolski problem mentalności młodzieży, ale w innych ośrodkach to się udaje, o czym świadczą choćby niezwykle popularne rozgrywki żaków (dzieci do 12 roku życia – dop. KC).

– 30 marca 2015 roku Stowarzyszenie MUKS „Przystań” Tarnów zostało wykreślone z ewidencji klubów sportowych prowadzonych przez Prezydenta Miasta Tarnowa. Ciekawe może być to, że po tej decyzji wzrosło zainteresowanie przedstawicieli mediów speedrowerem w waszym mieście.
– Wiem do czego zmierzasz, ale to też niezupełnie tak jak mówisz. Faktycznie, w 2015 albo 2016 roku odezwał się do mnie dziennikarz z lokalnej gazety i przeprowadził ze mną obszerny wywiad. Wówczas to było bardzo miłe i… refleksyjne. Na tym się jednak skończyło. Trochę szkoda.

– Porozmawiajmy teraz o twojej karierze… No dobrze, przygodzie. Nie osiągnąłeś spektakularnych sukcesów, choć twoim kolegom to się udawało. Mówiłeś kiedyś, że nigdy nie byłeś talentem, ale czy to nie było też trochę tak, że speedrower był dla Ciebie zbyt dużą pasją i za mocno zaangażowałeś się w ogólną działalność klubu?
– Tak już mnie natura stworzyła, że pod względem możliwości fizycznych muszę dużo i ciężko pracować, aby utrzymywać organizm w formie. Zazdroszczę np. Danielowi Ordonowi tego, że po rocznej przerwie, przyjeżdża na ostatnie zawody, w dodatku w wymagających dla płuc, zimnych i wilgotnych warunkach, zdobywa komplet i zadowolony pakuje się do domu. U mnie to jest niemożliwe. Na pewno zabrakło mi kogoś, kto by nie tylko pokazywał mi jak ćwiczyć zimą, ale także dopilnował aby trening był adekwatny do moich bieżących możliwości. Teraz jako mechanik żużlowy dostrzegam też szereg błędów w przygotowaniu i dbałości o sprzęt. Dla kogoś z zewnątrz porównanie może wydać się śmieszne, ale chodzi jednak o kulturę techniczną. Rowery napędzane są siłą mięśni i odpowiedniego przygotowania fizycznego nic nie zastąpi, jednak maszyna, na której się ścigasz, jeśli nie pomaga, bo nie ma silnika, to nie może przeszkadzać. Dla przykładu, jazda z zaniedbanymi łożyskami to tak jakby w samochodzie nie spuścić do końca ręcznego i próbować się ścigać. Potrzebujesz dużo więcej siły i wytrzymałości, aby pokonać opory stawiane przez poszczególne podzespoły i jeszcze osiągnąć odpowiednią szybkość. Zaangażowanie w działalność organizacyjną klubu czy federacji na pewno też dołożyło swoje „pięć groszy”. Nie raz były sytuacje, że odpuszczałem trening, bo goniły mnie terminy spraw „papierkowych”, albo jak przychodził czas zawodów to byłem zmęczony pracami związanymi z ich organizacją. Myślę, że niejeden z moich kolegów z toru, którzy są aktywni także jako działacze podzielą tę opinię. Niestety, speedrower jest sportem amatorskim i wiele rzeczy pozostaje na głowach samych zawodników. Jeśli w klubach są ludzie odpowiedzialni za organizację, są naprawdę ogromnym skarbem.

– Jakie sukcesy widnieją w twoim sportowym „CV” i czy z perspektywy czasu czujesz niedosyt związany z indywidualnymi występami?

– Z indywidualnych to naprawdę ciężko szukać jakichś trofeów. Pamiętam eliminacje IMPJ w Mikołowie-Paniowach w 2010 roku. Jak za tym torem nie przepadałem, bo preferuję obiekty, co prawda krótkie, ale z ostrymi łukami, „klejącą” nawierzchnią i nieco szersze, aby było dużo możliwości ataku, tak dwa razy miałem okazję ścigać się tam w sporym deszczu i wtedy mi on bardzo sprzyjał. Jak dobrze pamiętam, po 4 startach ja, Kamil Bielaczek, Wojtek Florek i Patryk Bas mieliśmy komplet punktów. Wszyscy więc spotykaliśmy się w ostatniej serii. Ja miałem czwarte pole, przyjechałem ostatni i zakończyłem zawody na czwartej pozycji. To chyba największy indywidualny sukces. Również w 2010 roku przebrnąłem polskie eliminacje do IMEJ, co też cieszy, bo nie dostałem udziału w międzynarodowych rozgrywkach za darmo. Drużynowo i w parach, głównie w okręgu zdobywałem medale w kategoriach kadetów, juniorów czy młodzieżowców, ale tam byłem trybikiem w maszynie i liczył się wynik całego zespołu. Jeśli pominąć udział w sukcesie to największym jest brąz DMP ze Śląskiem Świętochłowice w 2017 roku, ale pojechałem wtedy dwa biegi, zdobywając cztery punkty przez cały sezon. Czy czuję niedosyt? Dla mnie liczą się wspomnienia, znajomości nabyte przez 13 lat w tym sporcie. Nikt mi tego nie zabierze.

– Czy mając obecne doświadczenie – sportowe i życiowe, te dziesięć czy piętnaście lat temu zmieniłbyś coś u siebie pod kątem speedrowera?
– Tak jak powiedziałem wcześniej – inaczej bym podchodził do treningów w czasach nastoletnich i przede wszystkim do sprzętu. Może bym też nieco zmienił proporcje zabawy do poważnego podejścia do zawodów.

Artur Pisarek (kask niebieski) w walce z Arkadiuszem Dudkiem (fot. Kazimierz Kuchta)

– W sezonie 2020 broniłeś barw PKS Victorii Poczesna w CS Superlidze oraz TPD Kalety w Drużynowych Mistrzostwach 1. Ligi. Niemalże jak co roku, kilkukrotnie pojawiał się wątek zakończenia przez Ciebie kariery (śmiech). Zatem jakie plany speedrowerowe na rok 2021?
– Ten pojawiający się wątek to jakaś przesada i szczerze mówiąc, nie wiem skąd się wzięła. Zawsze mówiłem, że będę jeździł tak długo, jak będzie mi to sprawiało przyjemność. Kończąc sezon 2017 miałem ambitne plany na kolejny i nie myślałem nawet, że nie pojawię się na torze przez kolejne dwa i pół roku. Po prostu w moim życiu zaszły zmiany, zacząłem zawodowo zajmować się żużlem, jako majster, więc z automatu nie było czasu na speedrower, zwłaszcza że najbliższy tor, w Świętochłowicach, jest oddalony o 160km od mojego miejsca zamieszkania. W tym roku nie również nie planowałem jeździć, ale cały ten absurd, z jakim mamy do czynienia od marca, spowodował że wiosną wolnego czasu było zdecydowanie za dużo. Do złożenia roweru namówili mnie żużlowcy, którzy byli ciekawi speedrowera, potem z częścią z nich wybrałem się na trening do Świętochłowic, aby mogli posmakować ścigania. Jak stanąłem pod taśmą to od razu poczułem, czego mi w życiu brakowało i w miarę możliwości startowałem, choć treningów na torze zaliczyłem bodajże pięć przez cały sezon. Zawodów było znacznie więcej, bo tak się złożyło, że Victoria i TPD miały braki kadrowe, które uzupełniałem. Co będzie w 2021? Sam chciałbym to wiedzieć.

– To by było na tyle. Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w przyszłym roku na obiektach speedrowerowych.
– Dziękuję również. Pozdrawiam wszystkich czytelników, zachęcam do zainteresowania się speedrowerem, bo to naprawdę fajny sposób spędzania aktywnie wolnego czasu. I do zobaczenia! Nawet jeśli czas nie pozwoli na jazdę to będę starał się zajrzeć na jakiś obiekt w roli kibica.

źródło: inf. własna

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.