Weźmy taką frazę: prezes klubu żużlowego – nie dość, że brzmi dumnie, to jeszcze kusząco, bowiem wiąże się z całkowitym brakiem odpowiedzialności. Można sprawdzić się w roli toromistrza, można spełnić ambicje trenerskie, można brylować w mediach, nawiązywać znajomości…

Wszystko niemalże można, dopóki są wyniki i pieniądze, a raczej pieniądze i wyniki, bo te drugie bez tych pierwszych w dzisiejszym żużlu nie mają prawa zaistnieć. A skąd wziąć pieniądze? Dróg jest wiele, ale po co błądzić, skoro można wybrać najłatwiejszą? Zaś najłatwiejsza droga prowadzi do miejskiego ratusza, gdzie rządzący miastami co roku gryzą się skąd wziąć środki na funkcjonowanie komunikacji miejskiej, na szpitale, szkoły, żłobki, miejsca użyteczności publicznej, ścieżki rowerowe czy podjazdy dla niepełnosprawnych. I nierzadko pieniędzy tych nie znajdują, przekładając kolejne inwestycje na przyszłość. Ale dla sportu nie znajdą? Dla żużla nie znajdą? Groźba społecznego ostracyzmu jest zbyt duża, by prezydenci mieli odwagę odmówić dotowania profesjonalnych klubów sportowych, tym bardziej, że istnieje pięknie brzmiące „promowanie miasta poprzez sport”.

Żeby było jasne, jestem przeciwnikiem dotowania profesjonalnych klubów sportowych każdej dyscypliny. Pozwolą Państwo jednak, że skupię się na sporcie żużlowym, ponieważ mam wrażenie, że to żużel najbardziej Państwa interesuje – uważam, że jedyne na co powinny być przeznaczone miejskie pieniądze, to wsparcie funkcjonowania szkółek żużlowych i klubów mini żużlowych, tak, aby każdy, nawet najbiedniejszy młody człowiek miał szansę na rozwój. Tymczasem w dzisiejszym żużlu bez pieniędzy nie ma się szans na zaistnienie. Kluby szkolą na siłę, najczęściej zresztą tych, których na własny sprzęt stać. Reszcie pozostają marzenia.

Kto zatem korzysta z miejskich funduszy? Zawodowcy, gwiazdy, ci sami którzy realizują tylko założenia kontraktowe i w przypadku rozbieżności przy podpisywaniu aneksu, nie mają żadnych skrupułów, by zmienić pracodawcę. Oczywiście takie jest ich prawo i trudno ich za to winić – kariera sportowa, a żużlowa w szczególności, trwa krótko.

A propos kontraktów, zastanawiam się ilu prezesów pochyliło się jesienią nad sytuacją w naszym kraju i przewidziało, że może być problem z wpuszczaniem na trybuny najważniejszego – a przy tym najmniej docenianego – sponsora, kibiców? Czy aby na pewno prezesi negocjowali kontrakty na miarę swoich finansowych możliwości? Czy przewidzieli straty poniesione podczas rozgrywania meczów przy pustych trybunach? Szczerze wątpię. Ale czy można im się dziwić? Bankructwo nie będzie ich winą. Znikną, jak znikali wszyscy, doprowadzający w przeszłości do upadku kolejne kluby żużlowe. Winnych znajdzie się bez większych trudności – pandemia, kryzys gospodarczy, miasto przelewające niezadowalającą kwotę z publicznych pieniędzy w tych trudnych czasach…

źródło: inf. własna

[poll id=”28″]

POLECANE

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.