Ponownie przed rozpoczęciem kolejnego sezonu żużlowego, coraz więcej mówi się o powrocie do przepisu umożliwiającemu jazdę na pozycji młodzieżowca jednemu zawodnikowi zagranicznemu. Choć wśród kibiców zdania są mocno podzielone, trzeba przyznać, że jest to jeden z lepszych pomysłów ostatnich lat.

Czy temat juniorów może nudzić? Oczywiście. W końcu jest poruszany od początku sezonu 2021, gdyż w wielu spotkaniach praktycznie nie dało się patrzeć na jazdę krajowych młodzieżowców. Co więcej, poza PGE Ekstraligą można było ze świecą szukać zawodnika do lat 21, który gwarantowałby odpowiednią liczbę punktów w każdym meczu. To jednak też spowodowało, że powrót zagranicznych młodzieżowców znów jest głównym tematem żużlowych rozmów.

W październiku 2021 roku mamy za sobą już dobrą dekadę jazdy tylko i wyłącznie polskimi juniorami. Dekadę, która pozwoliła nam wysnuć odpowiednie wnioski. W końcu każdemu udało się już zebrać bardzo konkretną bazę danych, które mówią jasno i klarownie – zablokowanie zagranicznego juniora nie dało polskiemu żużlowi absolutnie nic, a wręcz pogorszyła sytuację międzynarodową.

W ostatnich tygodniach w sieci można było znaleźć wiele wyliczeń mówiących bezpośrednio o procencie zawodników, którzy mieli przyjemność startować w lidze na pozycjach juniorskich, później kończąc niechlubnie karierę. Co by nie mówić, przez ostatnie 10 lat, przez wszystkie polskie ligi przewinęła się cała masa żużlowców, którzy w normalnej sytuacji nie mieliby najmniejszych szans na udział w najważniejszych rozgrywkach ligowych na świecie. No ale przepis to przepis.

W niedawno zakończonym sezonie mieliśmy jednak prawdziwe apogeum, jeśli chodzi o liczbę żużlowców o wątpliwym talencie, ścigających się w naprawdę solidnych klubach. Nawet w PGE Ekstralidze, a w szczególności Stali Gorzów, problem z juniorami był bardzo duży. Najlepszym tego przykładem jest Kamil Pytlewski, który doceniam to, że ma cojones do jazdy na motocyklu bez hamulców, ale z całym szacunkiem – kompletnie nie nadawał się do startowania w, jak to się mówi, najlepszej lidze świata. Ponownie więc pojawia się pytanie, czy tak powinno być?

Według jednych – tak. Według innych – absolutnie nie. Temat najmłodszych żużlowców w stawce poruszaliśmy już wielokrotnie, więc doskonale też wiemy, że nie mamy najmniejszych szans, by z obiema stronami znaleźć pełne porozumienie. Dla wielbicieli krajan mamy jednak kilka ważnych informacji, które być może niektórych przekonają.

Po pierwsze, zawodnicy, którzy w lidze szans nie dostaną, będą mieli możliwość sprawdzania się w zupełnie nowej odsłonie rywalizacji – Ekstralidze U24. Choć początkowo pomysł stworzenia dodatkowej ligi nie wydawał się być wybitnie trafionym, w przypadku możliwości korzystania z zagranicznego juniora sytuacja robi się zupełnie inna. W końcu Ci, którzy poziomem nie pasują jeszcze do właściwej ligi, będą mieli możliwość rozwoju w pełnych, meczowych warunkach, przy jednoczesnym zarabianiu odpowiednich pieniędzy. Wydaje się więc, że będzie to idealne miejsce do zrównoważonego rozwoju.

Po drugie, zagraniczni młodzieżowcy, którzy naprawdę wyróżniają się na tle kolegów, w końcu będą mogli dostać odpowiednią ilość szans na jazdę i… jak powyżej, zarabianie pieniędzy. Kilka dni temu, cały żużlowy świat zachwycał się jazdą Philipa Hellström-Bängsa, który w Manchesterze robił naprawdę dobre show. Bardzo dobrze zaprezentował się też np. Tom Brennan, który jest uważany za duży talent, ale do tej możliwości nie miał najmniejszych szans na jazdę w Polsce. Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy. Nasze przepisy są niezwykle restrykcyjne. Młode talenty zza granicy muszą przebijać się przez szereg ograniczeń, ostatecznie walcząc o miejsce w składzie nawet drugoligowego klubu z bardzo solidnymi żużlowcami pokroju Kevina Wölberta, Dimitriego Bergé czy Andrieja Kudriaszowa, kiedy w tym samym czasie, jak pączki w maśle żyją sobie Lars Skupień czy Robert Chmiel, którzy mogą dalej się ścigać, dzięki konieczności posiadania dwóch polskich seniorów. Próg wejścia do polskiej ligi był więc bardzo wysoko. Dobrym tego przykładem jest Luke Becker, który bez przepisu U24, nadal pałętałby się na kontraktach warszawskich, a tak mógł pokazać, że jest naprawdę wartościowym zawodnikiem.

Po trzecie, pozycja zagranicznego juniora pozwoliła nam wypuścić w świat wielu zawodników o olbrzymim potencjale. Z tego przepisu w pierwszej dekadzie XXI wieku skorzystali m.in. Emil Sajfutdinow, Chris Holder, Tai Woffinden, Troy Batchelor (który zapowiadał się na świetnego zawodnika), Leon Madsen, Darcy Ward czy nawet Tomas H. Jonasson. Nie oszukujmy się – to także oni bezpośrednio wpłynęli na poważne wywindowanie poziomu polskiej ligi, która teraz jest zdecydowanie najmocniejszą na świecie. Dlaczego by więc nie dać szans wspomnianemu Brennanowi, Kvechowi, Gustsowi czy Blödornowi?

Po czwarte, Polacy, którzy w tym samym czasie byli naprawdę solidnymi żużlowcami, utrzymali się na lodzie i nie mowa tu tylko o tuzach pokroju Przemysława Pawlickiego, Szymona Woźniaka, Macieja Janowskiego czy Grzegorza Zengoty. Rywalizację z zagranicznikami wygrał też np. Dawid Lampart czy Artur Mroczka, który po dziś dzień jest solidnym ligowcem, wożącym cenne oczka. Nie oznacza to więc, że dla naszych nie będzie miejsca.

Po piąte, przeszłość nauczyła nas, czego powinniśmy unikać. Ulubionym przykładem dla przeciwników obcokrajowców jest Borys Miturski. Choć co prawda wychowanek Włókniarza Częstochowa jeździł później w KSM Krosno, gdzie zaliczał też bardzo dobre występy, największy cień na jego karierę rzuca czas spędzony w macierzystym klubie, gdzie po starcie w wyścigu młodzieżowym był zmieniany przez Taia Woffindena. W porównaniu z tamtymi latami, sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Polski junior, nawet jeśli słabszy, zgodnie z przepisami i tak pojedzie 3 wyścigi – dokładnie tyle, ile obecnie. Oznacza to więc, że w rozgrywkach ligowych, w każdej kolejce, na torach zobaczymy co najmniej 20 polskich zawodników do lat 20, którzy tak czy inaczej będą musieli „odbębnić swoje”. 

Skoro PGE Ekstraliga to żużlowe NBA, a Ekstraligę U24 można porównać do G-League, nie bójmy się inwestowania w Lukę Dončicia, Ivicę Zubaca czy Nikolę Jokicia. Stwórzmy nad Wisłą naprawdę najsilniejszą ligę świata. Na każdym szczeblu. Niech kibice w Opolu, Rzeszowie czy Poznaniu także mogą oglądać wysoki poziom, którego pogarszać nie będą krajowi juniorzy.

[poll id=”35″]

POLECANE

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.