29 lipca 2021

Te obrazy zapisały się na długo, jeśli nie na zawsze w pamięci kibiców czarnego sportu. Jest 13 maja 2012 roku, niedziela. Stadion Olimpijski we Wrocławiu. Kilkanaście minut po godzinie osiemnastej. O 17.45 rozpoczęło się spotkanie w ramach 5. kolejki Enea Ekstraligi pomiędzy Betard Spartą Wrocław a Stalą Rzeszów.

Po biegu pierwszym, kiedy na torze oglądaliśmy juniorów, oraz drugim z udziałem starszych zawodników, przychodzi pora na wyścig trzeci. Pod taśmą stają ze strony klubu z Wrocławia: Tomasz Jędrzejak w kasku czerwonym i Fredrik Lindgren w niebieskim. Ich przeciwnikami są Rafał Okoniewski w kasku żółtym, na czwartym torze w białym do startu przygotowuje się Lee Richardson.

Taśma się podnosi, ruszają. To wyścig, jakich wiele w każdym meczu czy sezonie. Nikt nie spodziewa się tego, co się wydarzy. A jednak: osiem sekund po starcie, w wyjściu z pierwszego wirażu, Richardson uderza najpierw w koło Jędrzejaka, potem Lindgrena. Spada z motocykla, z impetem wpadając na bandę, upada na tor. W tym miejscu nie ma już niestety dmuchanego segmentu.

Na torze pojawia się karetka, służby medyczne zajmują się Brytyjczykiem, który jest przytomny, rozmawia z ratownikami, skarżąc się na ból nogi. To tym urazem w pierwszej kolejności zajmują się medycy. W końcu zostaje ulokowany w karetce. Na pożegnanie podnosi jeszcze rękę w kierunku publiczności. Nikt nie spodziewa się wieści, które dotrą z wrocławskiego szpitala kilka godzin później. Te są wstrząsające: Lee Richardson zmarł podczas zabiegu operacyjnego na skutek krwotoku wewnętrznego, spowodowanego między innymi złamanym żebrem, które przebiło płuco. Żużlowy świat jest w szoku.

Jechać pociągiem ponad 6 godzin z Rzeszowa do Wrocławia? Oczywiście, że warto, jeśli celem jest zobaczenie ukochanej drużyny. Żużel jest w moim sercu od ponad ćwierć wieku, więc byłem również 13 maja 2012 roku na Stadionie Olimpijskim – mówi w rozmowie z www.twojportalzuzlowy.pl Krzysztof Stolarz, kibic rzeszowskiej drużyny, który uczestniczył w feralnym meczu. – Zajęliśmy miejsca na wyjściu z drugiego łuku i czekaliśmy na początek spotkania. Czas wypełniały nam rozmowy o formie zawodników rzeszowskiej drużyny. Zastanawialiśmy się, czy Lee Richardson powinien jechać, nie miał w Polsce wystarczająco dobrych silników. Pozostało czekać na jego pierwszy start w biegu trzecim. Taśma poszła w górę, tradycyjnie w pierwszym łuku było ciasno. Na wyjściu z pierwszego łuku Lee zahaczył przednim kołem o motocykl Tomasza Jędrzejaka, a później także o maszynę Fredrika Lindgrena. Anglik z ogromnym impetem wjechał motocyklem w bandę i uderzył w nią ciałem. Wypadek wyglądał bardzo groźnie, ale nikt nie spodziewał się, że tak tragiczne będą jego konsekwencje. Dość długo zajmowano się jego nogą, widać było, że mogło dojść do jej złamania. O jego śmierci dowiedzieliśmy się później, podczas powrotu do domu, z telewizji – dodaje Stolarz.

Lee Richardson podczas finału IMŚJ ’99 (fot. Piotr Kin)

Hastings w hrabstwie East Sussex to 90-tysięczne miasto, które kojarzymy przede wszystkim z bitwą, która rozegrała się 14 października 1066 roku pomiędzy zwycięskimi wojskami Wilhelma Zdobywcy a poplecznikami króla Harolda II. To tutaj 25 kwietnia 1979 roku zaczęła się, a 7 czerwca 2012 skończyła ziemska droga Lee Richardsona. Podczas ceremonii pogrzebowej żegnały go tłumy ludzi: działacze klubów Elite League, przyjaciele z Polski, ale także zwykli mieszkańcy Hastings. – Lee był klasowym zawodnikiem, jego śmierć to potężna strata dla całego sportu żużlowego – powiedział wtedy brytyjskiej lokalnej telewizji ITV News Meridian Scott Nicholls, przyjaciel Lee Richardsona z żużlowej reprezentacji Wielkiej Brytanii.

Podczas pogrzebu trumna z ciałem zmarłego przykryta została narodową flagą Wielkiej Brytanii. To rodzaj podziękowania dla osoby, która osiągnęła coś dla kraju. Lee Richardson zasłużył na ten honor: startując w narodowych barwach, został w 1999 roku Indywidualnym Mistrzem Świata Juniorów (finał w duńskim Vojens, gdzie pokonał Alesa Drymla i Australijczyka Nigela Sadlera); odbierał medale Drużynowego Pucharu Świata (w 2004 srebrny, w 2006 brązowy; jego reprezentacyjnymi kolegami byli wówczas Mark Loram, Joe Screen czy Scott Nicholls); dzięki niemu „God save the Queen” można było usłyszeć także na podiach turniejów Grand Prix. W cyklu tym prezentował się w latach 2003-2006, dwa razy stając na podium: w 2004 w Cardiff zajął trzecie, a rok później podczas rundy w Bydgoszczy drugie miejsce.

Do polskiej ligi trafił w 1999 roku i startował tu w każdym sezonie aż do śmierci. Najpierw Piła – to w 1999 roku. W tym mistrzowskim sezonie wielkopolskiego klubu miał okazję prezentować się obok takich zawodników jak „Profesor z Oksfordu” Hans Nielsen, Jacek Gollob, Jarosław Hampel, Rafał Dobrucki czy Tomasz Gapiński. Następnie – Grudziądz. Poziom niżej, I liga. Tutaj, podobnie jak w Pile, zalicza tylko pojedyncze spotkania. Dalej jest jeszcze Zielona Góra w sezonie 2001, do której wróci jeszcze na dwa sezony trzy lata później. Tutaj także nie może pokazać pełni swoich możliwości. Po jednym roku spędza we Wrocławiu i Lublinie, w końcu „zaczepia” się gdzieś na dłużej. To będą cztery lata we Włókniarzu Częstochowa i dwa pełne sezony w klubie ze stolicy Podkarpacia. W trzecim zaliczy przecież tylko cztery rundy… Z tymi dwoma ostatnimi drużynami kojarzony będzie najmocniej, jeśli chodzi o polską ligę.

Lee Richardson celebrujący zdobycie mistrzostwa świata juniorów w 1999 roku (fot. Piotr Kin)

Lee był bardzo skromnym, sympatycznym zawodnikiem, na którego zawsze można było liczyć. Nie pamiętam, by kiedykolwiek złamał zasady rywalizacji fair play. To, co się wydarzyło, jest dla mnie bardzo trudne. Ci, którzy mieli okazję poznać go bliżej, doskonale wiedzą, jak wspaniałym był człowiekiem -powiedział o nim Marian Maślanka, wieloletni prezes Włókniarza Częstochowa, na łamach czasopisma „Super Speedway”. Opowiedział także o okolicznościach, które sprowadziły Brytyjczyka pod Jasną Górę: – Nie był zadowolony z wyników, jakie osiągał w Zielonej Górze. Miał znacznie większe ambicje. Przed sezonem 2006 spotkałem się z Lee, Johnem Davisem (byłym zawodnikiem, mentorem Lee Richardsona – dop. aut.) i Robertem Jabłońskim (menedżerem Włókniarza- dop. AF). Ustaliliśmy, że podpisze pięcioletni kontrakt, a jego wysokość będzie uzależniona od wyników na torze. Wielu powątpiewało wówczas w sens zawierania umowy z tym zawodnikiem. Tymczasem okazało się, że Lee zaczął świetnie punktować. Zaoferowaliśmy mu pewną stabilizację, a on odpłacił się dobrymi wynikami. Znakomicie rozumiał się z kolegami z drużyny i potrafił doskonale jeździć w parze, o czym może świadczyć fakt, że przez trzy sezony zbierał najwięcej punktów bonusowych spośród naszej drużyny.

Jak sam Lee pisał przed laty na swojej stronie internetowej, cytowany po śmierci przez portal sport.pl, speedway był zawsze obecny w jego życiu. Nie mogło być inaczej, skoro zawodnikami byli jego ojciec Colin Richardson oraz wuj Steve Weatherley. Jego matka Julie Richardson pracowała jako dziennikarka sportowa. Craig, brat Lee Richardsona, został jego mechanikiem. Niestety, dla wszystkich czynnie uprawiających ten sport mężczyzn w rodzinie los okazał się brutalny. Colin Richardson zakończył karierę w wieku zaledwie 26 lat po bardzo poważnym wypadku, w którym doznał szeregu obrażeń: złamał obojczyk, uszkodził wszystkie żebra, również, tak jak później syn, doświadczył przebicia płuc oraz uszkodził kręgi szyjne. Przez dwa tygodnie przebywał podłączony do respiratora na oddziale intensywnej terapii. Lee miał wtedy ledwie pięć lat. Steve Weatherley z żużlem musiał się rozstać w wieku zaledwie niecałych 24 lat. 8 czerwca 1979, półtora miesiąca po narodzinach Lee, brał udział w tragicznym w skutkach meczu w barwach Eastbourne Eagles na legendarnym londyńskim stadionie Hackney. Wskutek kolizji z Vickiem Hardingiem Weatherley spędza życie na wózku inwalidzkim, Harding niestety zginął.

Nie można zatem dziwić się reakcji Colina Richardsona na wieść, że syn również zamierza również zostać żużlowcem. – Byłem przerażony. (…) Mówiąc szczerze, nie chciałem, aby uprawiał ten sport – mówił Colin Richardson cytowany przez brytyjski Daily Star”.- Koniec końców, poddałem się i zdecydowałem, że jeśli ma go uprawiać, niech robi to w prawidłowy sposób. Kupiłem mu kilka motocykli i przygotowałem kilka silników. Jak mówiła Julie Richardson we wspomnianym artykule, żużel był obsesją Lee od dzieciństwa. – Kiedy uczęszczał do szkoły podstawowej, wychowawczyni wezwała mnie do szkoły. Mówiła, że wszystkie zadania wykonuje poprawnie, ale do każdego przedmiotu potrafi wpleść żużel. Wszystkie opowiadania, które przygotowywał na lekcje języka angielskiego, opowiadały o żużlowcach.

Lee w towarzystwie Tomasza Golloba i Jasona Crumpa podczas dekoracji Grand Prix Polski z 2005 roku (fot. Piotr Kin)

Lee Richardson oddał żużlowi, który był zarazem jego przeznaczeniem i przekleństwem, siedemnaście lat swojego profesjonalnego żużlowego życia, klubom w Polsce-trzynaście. Oprócz wymienionych klubów w Polsce oraz reprezentacyjnych miał na swoim koncie występy w rozlicznych ekipach Elite League, w tym w The Lakeside Hammers, którego był kapitanem, oraz – tak jak ojciec i wuj-Eastbourne Eagles. W grudniu 2020 jako drugi żużlowiec, po Simonie Wiggu, został wprowadzony do Galerii Sław reprezentacji Wielkiej Brytanii.

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments