11 kwietnia swoje pięćdziesiąte urodziny świętowała światowa legenda, drugi w historii polskiego speedwaya indywidualny mistrz świata – Tomasz Gollob. Nie mogliśmy wobec tego wybrać innego bohatera naszej serii „Twarze Speedwaya”.

Throwback Thursday, czyli wspomnieniowy czwartek. W mediach społecznościowych te dwa wyrazy poprzedzone tradycyjną kratką oznaczającą hasztag są niezwykle popularne. Tego dnia, czyli w każdy czwartek użytkownicy social mediów dzielą się swoimi starymi zdjęciami – z dzieciństwa czy też czasów szkolnych, a np. sportowcy z okresu, gdy byli u progu swoich wielkich karier.

Twój Portal Żużlowy dołączył do „wspomnieniowego czwartku” poprzez publikację tekstów dotyczących zawodników, którzy zjechali już z torów, a przed laty tworzyli oni piękną historię naszego sportu. Dwunastym bohaterem cyklu „Twarze Speedwaya” jest ten, którego urodzinami żyliśmy 11 kwietnia – Tomasz Gollob.

Przede mną pusty arkusz MS Word i bez wątpienia trudne zadanie: zamknąć w jego ramach człowieka, który jak nikt zasługuje na nadużywane czasami bez namysłu słowo „legenda”. To nazwisko jest jak znak firmowy: Tomasz Gollob. Wystarczy je wypowiedzieć lub napisać i wszystko staje się jasne. Polak, który przez długie lata był żywą reklamą polskiego żużla, ten, który po 37 latach odczarował dla Polaków tytuł mistrza świata seniorów. Teraz skończył 50 lat, od czterech lat nie jest aktywnym sportowcem, ale nadal dla wielu polski żużel to Tomasz Gollob, a Tomasz Gollob równa się polski żużel. Ale zanim stanął na podium po odbiór złotego medalu, musiał być jakiś początek…

Bydgoski Londynek. Niby centrum miasta, a sprawia wrażenie, jak gdyby znaleźć się daleko poza jego granicami. W czasie i po I wojnie światowej w charakterystycznych domach ulokowano tutaj żołnierzy z 61 Pułku Piechoty, a kilkadziesiąt lat później, dokładnie 11 kwietnia 1971 roku, przy ulicy Hetmańskiej, przyszedł tu na świat Tomasz Gollob. Dziś dość przygnębiające miejsce, z którego każdy chce się wyrwać. Niektórym się udało. Jego szansą okazał się sport. Początkowo inne od żużla dyscypliny, w tym piłkę nożną i nieszczęsny motocross, który później stanie się jego przekleństwem. Aż w końcu-bingo. Żużel. Tę drogę wybrali także inni Gollobowie – brat Jacek i bratanek Oskar. – Jak coś sobie postanowił, nie było siły, by go powstrzymać. Pamiętam, jak miał trzy lata, postanowił nauczyć się jeździć na rowerze. Zrobił to sam. Tak długo próbował, upadał i wstawał, aż się nauczył – mówiła w 2001 roku o synu Czesława Gollob w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Tę nieustępliwość będzie też widać w jego dążeniu do tytułu mistrza świata.

Nazwisko Tomasza Golloba po raz pierwszy, jeśli o ligę chodzi, znajdujemy w programie zawodów z „derbów Kujaw i Pomorza” rozegranych 17 lipca 1988 roku. Miesiąc wcześniej uzyskał licencję żużlową. Wymarzony mecz na debiut. Temperatura tych spotkań zawsze była bardzo wysoka. Na wysokim młokosie nie robi to wrażenia: zdobywa jeden punkt, a sztuka ta przecież nie wszystkim debiutantom się udaje. Na kolejne zdobycze przyjdzie mu jednak czekać niemal miesiąc, do 14 sierpnia 1988 i meczu z Kolejarzem Opole. Punktuje w dwóch biegach, zdobywa trzy oczka, zawsze przyjeżdżając za plecami kolegi z drużyny, są więc i punkty bonusowe. Lata później to on będzie prowadził zdobywające pięć punktów duety ligowe, często „holując” młodszych, niedoświadczonych zawodników.

Już w debiutanckim sezonie zalicza wraz z kolegami z Polonii spory sukces: brązowy medal Drużynowych Mistrzostw Polski. W takim towarzystwie jak Jacek Woźniak, Ryszard Dołomisiewicz czy Zdzisław Rutecki nie jest to trudne. Rok później po raz pierwszy opuszcza macierzysty klub: odbywa służbę wojskową jako zawodnik Wybrzeża Gdańsk. Ten sezon ma dla niego kolor brązowy: medale w tym kolorze zdobywa w swoim pierwszym finale Indywidualnych Mistrzostw Polski, zarówno seniorów, jak i juniorów, finale Srebrnego i Brązowego Kasku. Nieźle jak na osiemnastolatka. A dodajmy jeszcze złoty medal Młodzieżowych Mistrzostw Polski Par Klubowych, gdzie na „domowym” gdańskim torze wraz z kolegami: Jarosławem Olszewskim i Jarosławem Kalinowskim nie mają sobie równych.

1990 rok. Gollob powraca do Polonii, której nie opuści przez trzynaście następnych sezonów. To tutaj dla niego i dla klubu worek medali otworzy się na dobre. Wystarczy wspomnieć sześć złotych medali IMP, trzy srebrne i trzy brązowe. Dzięki jego pomocy Bydgoszcz pięć razy wywalczy miano najlepszej drużyny w kraju, raz uplasuje się na drugim miejscu w kraju i cztery razy na trzecim. Tutaj zostanie prawdziwym „władcą” Kryterium Asów Polskich Lig Żużlowych im. Mieczysława Połukarda, wygrywając je czternaście razy, tylko dwa razy zajmując drugie miejsce. Dał tym samym do zrozumienia, kto jest prawdziwym królem toru w Bydgoszczy.

Skoro wywołujemy hasło „Tomasz Gollob i Bydgoszcz”, nie da się uniknąć hasła „Tomasz Gollob i Piotr Protasiewicz”. Początkowo torowy rywal, „PePe” w 1997 roku dołącza do bydgoskiej drużyny i zaczyna się trwający przez wiele lat serial z ich udziałem. O wzajemnej niechęci krążą legendy. Jak dziś sami mówią, zazdrościli sobie nawzajem elementów żużlowego rzemiosła. – Byliśmy przeciwnikami, ale z drugiej strony kolegami i nigdy nie przekroczyliśmy granicy, po której nie można wrócić do rozmowy. Zastanawiałem się, czy kiedy straciłem Piotrka z radaru, znajdę kogoś takiego, z kim mógłbym zbudować taką rywalizację, która zmotywuje mnie do ciężkiej pracy -powiedział Gollob w programie „Czarny charakter” na antenie nSport+.

Tomasz Gollob z Piotrem Protasiewiczem (fot. facebook.com/t.gollob)

Mogłem być blisko człowieka, który jest legendą światowego żużla i najlepszym zawodnikiem w historii Polski (…) Jestem przekonany, że tej historii w polskim żużlu nie powtórzy nic-oświadczył z kolei Piotr Protasiewicz w tej samej audycji. Poza torem bywało między nimi różnie, co nie stanowiło przeszkody, by w złotej erze polskiego drużynowego żużla pod wodzą Marka Cieślaka zdobyli pięć złotych medali w Drużynowym Pucharze Świata. Wrocław 2005, Leszno 2007 i 2009, Vojens 2010 oraz Gorzów Wielkopolski 2011-te daty zapiszą się złotymi zgłoskami w historii polskiego sportu i w pamięci każdego fana czarnego sportu.

Po tylu latach w Bydgoszczy przychodzi pora na zmianę. W 2004 roku zmienia barwy klubowe na Unię Tarnów, gdzie znów partneruje najlepszym, jego kolegą z drużyny zostaje m.in. Tony Rickardsson. Między innymi dzięki niemu Tarnów z klubowego szaraczka zmieni się w dwukrotnie złotą drużynę DMP. Indywidualnie to także jego czas: jeżdżąc w Tarnowie znów zostanie Indywidualnym Mistrzem Polski na tym właśnie torze, na nim rok wcześniej zdobędzie srebrny medal, tej sztuki dokona też w 2007 roku we Wrocławiu.

Wehikuł czasu przenosi nas do Gorzowa Wielkopolskiego w roku 2008. To kolejny klub w życiorysie Golloba. Ten klub także odmieni, po trzech sezonach na szóstym miejscu ligowej tabeli w końcu sukces-w 2011 roku na szyjach jego i kolegów z drużyny zawisną brązowe, a rok później srebrne medale. To tutaj zacznie być widoczna jego przemiana z człowieka o porywczym temperamencie i czasem niewyparzonym języku w mentora młodzieży, który spędza wiele czasu w boksach młodszych kolegów, pomagając im dopasować ustawienia, a podczas biegów często daje im wygrać bieg i holuje na drugim miejscu, by zdobyć biegowy triumf. Właśnie nad Wartą przetną się drogi jego i Bartosza Zmarzlika, którego namaści na swojego następcę podczas wzruszającej ceremonii na PGE Narodowym w 2016 roku, dając mu swoje rękawiczki. To była symboliczna chwila: obaj mieli łzy w oczach. Kończyła się era Golloba, czy też „pana Tomasza”, jak zawsze z szacunkiem mówił o nim Zmarzlik, a powoli zaczynała się era jego następcy.

Przed sezonem 2013 fani doznali szoku: Tomasz Gollob, legenda Polonii Bydgoszcz, będzie startował w barwach rywala zza miedzy – Unibaksu Toruń. Przekonał go do tego Roman Karkosik, właściciel klubu. Początki nie były łatwe. Gollob jako człowiek budzący w wielu przypadkach skrajne emocje, spotkał się z niechęcią miejscowych kibiców. Kiedy jednak za jego obecnością poszły wyniki drużyny, emocje nieco opadły. Generalnie ten sezon był dość szalony: wystarczy wspomnieć budzący tyle emocji półfinałowy mecz w Częstochowie z tyloma zwrotami akcji… To doprowadziło do finału ligi, którego koleje nie są obce nie tylko kibicom żużla, ponieważ sprawa była szeroko komentowana. Widok Tomasza Golloba na szpitalnym łóżku, które zajął po kolizji z Taiem Wofindenem w Grand Prix w Sztokholmie, nie mógł pozostawić obojętnym. Sam mistrz ze łzami w oczach przepraszał, że nie da rady pojechać w meczu finałowym.

Po finałowym skandalu został w Toruniu jeszcze przez rok. Z ośmioma ujemnymi ligowymi punktami, którym ukarano Unibax na początku tamtego sezonu, wiele nie mogli zwojować. Musieli zadowolić się piątym miejscem w końcowej klasyfikacji sezonu, a od klubu odwrócił się m.in. Roman Karkosik. Wobec tego Tomasz Gollob po raz kolejny spakował swoje żużlowe życie do walizki i zmienił klub.

Po raz kolejny, jak w Gorzowie, przywdział niebiesko-żółte barwy: GKM-u Grudziądz. Sezonu 2015, jak się okaże, ostatniego w karierze, nie mógł zaliczyć do udanych. Kto mógł przypuszczać, że tak się to wszystko potoczy?

Tomasz Gollob w barwach swojego ostatniego klubu w karierze (fot. Sandra Rejzner)

W cyklu Grand Prix startuje od samego jego początku, od roku 1995. Pierwszy sezon to ledwie dziewiąte miejsce, następny-dwunaste w końcowej klasyfikacji. Ale już rok i dwa później staje na podium, zgarniając brązowe medale. Od tej pory myśli o mistrzostwie go nie opuszczają. Rok w rok zajmuje miejsce w czołowej ósemce, nadzieje czają się gdzieś w tle. Aż w końcu następuje seria medalowa, począwszy od 2008 roku i brązu, przez 2009 i srebro, w końcu 2010 i tytuł najlepszego zawodnika globu. Emocje rosły z turnieju na turniej. Te obrazy zna większość z nas: to chyba jeden z nielicznych momentów, kiedy mistrza można zobaczyć uśmiechniętego. Trudno jednak o inne emocje, kiedy dzierży się w rękach trofeum im. Ove Fundina. Po raz ostatni zobaczymy go w cyklu Grand Prix w 2015 roku.

Zawodnik klasy Tomasza Golloba nie może ograniczyć się do startów tylko w polskiej lidze czy turniejach Grand Prix. Przez trzy sezony można było oglądać go w plastronie „Wiedźm” z Ipswich w lidze angielskiej, przez trzy sezony w lidze duńskiej w barwach Fredericii i Esbjerg, przez trzy lata w niemieckim Teterow. Nie mogło zabraknąć go także w lidze szwedzkiej, gdzie bronił barw Valsarny Hagfors oraz Hammarby Sztokholm, jednak jego najważniejszym klubem w Szwecji pozostanie Västervik, dla którego ścigał się przez dziesięć lat (2001-2010). Wrażeniami ze startów tam z Tomaszem Gollobem dzieli się w rozmowie z twojportalzuzlowy.pl nasz rodak Tomasz Chrzanowski, członek tej ekipy w latach 2004-2008.

Z Tomaszem znaliśmy się z moich czasów juniorskich i derbów Pomorza, razem przygotowywaliśmy wtedy sprzęt u Ryszarda Kowalskiego. Natomiast bliżej poznaliśmy się podczas wspólnych startów w Västervik w latach 2004-2008. Tomasza uważam za osobę, która wszystko, co osiągnęła w sporcie, osiągnęła wyłącznie własną ciężką pracą, ambicją i determinacją. Mimo tej zawziętości na torze, nie były mu obojętne losy dzieci z domu dziecka w Bydgoszczy, którym regularnie fundował wakacje w Västervik właśnie.

Chrzanowski dzieli się też typowo zawodowymi historiami: – Pewnego razu Gollob przyleciał do Szwecji samolotem wraz z menedżerem Tomaszem Gaszyńskim i po dotarciu na stadion okazało się, że jego silniki poleciały inną maszyną. Trenowałem tego dnia w Västervik, zawody miały zacząć się tradycyjnie o 19.00, Mój mechanik i ja pożyczyliśmy Tomaszowi silnik, taki, który uznaliśmy za szybszy. Ja zdobyłem wtedy cztery punkty, a Tomek dwanaście.

Podczas derbów Szwecji pomiędzy Västervik, a Malillą Tomaszowi uszkodził się silnik, podczas wspólnej kolacji zapytał, ile mam ze sobą silników. Powiedziałem, że dwa w ramach i trzeci zapasowy. Zapytał, czy nie pożyczę mu tłoka i cylindra z tego silnika, a ja w sklepie w Toruniu na jego konto nie pobiorę nowego. Silnik zawieźliśmy windą hotelową do pokoju na trzecim piętrze i tam na gazetach, w szafie, do drugiej w nocy Tomasz z dwóch silników złożył jeden. Następnego dnia zdobył dwanaście punktów.

Pisząc o Tomaszu Gollobie, nie sposób nie wspomnieć o jego wypadkach, po których zawsze wracał do sportu silniejszy. Wrocław 1999, kiedy podczas finału Złotego Kasku z impetem wyleciał w powietrze, uderzając w słupek ze stadionową sygnalizacją. Wtedy przeszkodziło mu to w zdobyciu tytułu mistrza świata.

Pniewy 2000, kiedy wyszedł z poważnego wypadku samochodowego z w sumie lekkimi obrażeniami. Katastrofa lotnicza, którą przeżył w 2007 roku wraz z ojcem Władysławem i Rune Holtą. Pilotował ojciec, chcieli zdążyć na mecz do Tarnowa. Wtedy doznał kontuzji kręgosłupa. Wrócił jednak do sportu. Feralny 2013 i wspomniany już wypadek w Sztokholmie. 23 kwietnia 2017 i wypadek na torze motocrossowym w Chełmnie, który zabrał mu sprawność i zakończył karierę, którą, jak sam przyznał – kontynuowałby do dzisiaj. Walka trwa. Tomasz Gollob to jednak „walczak”, jak mawia żużlowe środowisko, który łatwo się nie poddaje. Być może zobaczymy go jeszcze w żużlu w innej roli. W końcu mógłby dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem dzielić z innymi. Czy tak się stanie? Czas pokaże.

POLECANE

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.