18 września 2021

Gdyby żył, w środę skończyłby 42 lata. Kto wie, w jakiej roli oglądalibyśmy go w żużlowym świecie: nadal zawodnika, czy może już trenera, który dzieliłby się swoim doświadczeniem i wiedzą z innymi zawodnikami? Niestety, te dywagacje pozostaną tylko dywagacjami.

14 sierpnia miną trzy lata, odkąd nie ma z nami tego lubianego zawodnika rodem z Ostrowa Wielkopolskiego. Tomasz Jędrzejak, bo to on będzie bohaterem dzisiejszych „Twarzy Speedwaya”, to postać, o której trudno zapomnieć.

Urodził się 14 lipca 1979 roku w Ostrowie Wielkopolskim. Jego żużlowa kariera wystartowała, kiedy miał trzynaście lat, choć od najmłodszych lat nie były mu obce rozmaite dyscypliny sportu: piłka nożna, koszykówka oraz inne oprócz żużla rodzaje sportów motorowych, w tym motocross, o którym mógł rozprawiać godzinami. Jego wychowawcą był Jan Grabowski, legendarny szkoleniowiec rodem z Zielonej Góry, który ukształtował takich zawodników jak Piotr Protasiewicz, Rafał Kurmański, Rafał Szombierski czy właśnie Tomasz Jędrzejak. Po trzech latach był gotów do egzaminu na licencję żużlową. Choć zdobył ją w 1995 roku, na swoją szansę musiał poczekać aż rok, gdyż Iskry Ostrów próżno było wówczas szukać na żużlowej mapie Polski.

6 sierpnia 1996 roku to ten dzień, kiedy jego nazwisko po raz pierwszy pojawiło się w programie meczowym. Nie zdobył wówczas niestety punktów, nie miał okazji wyjechać na tor. Przełomowy moment pierwszych zdobyczy nadszedł nieco później, 22 września tego samego roku podczas spotkania przeciwko zespołowi Śląska Świętochłowice. Mógł wówczas zapisać na swoim koncie trzy oczka i dwa bonusy.

Zielona Góra to wyjątkowe miejsce w jego żużlowym życiu, to tutaj wydarzyły się dwa najważniejsze momenty jego żużlowego życia. Pierwszym był turniej Grand Prix Challenge we wrześniu 2008 roku. Awans do cyklu mistrzostw świata czaił się naprawdę blisko. Jedenaście zdobytych punktów na pewnym etapie zawodów pozwalało patrzeć na sprawę optymistycznie. Za swoimi plecami oglądał takich zawodników jak Matej Ferjan, Matej Žagar, Lee Richardson czy Ryan Sullivan. Do szczęścia, a więc finałowego sukcesu, zabrakło mu tylko jednego punktu. Zasady były jednak bezlitosne-do grona uczestników Speedway Grand Prix awansowała najlepsza trójka, Tomasz Jędrzejak zajął piątą lokatę.

Ten drugi moment to oczywiście finał Indywidualnych Mistrzostw Polski. 15 sierpnia 2012 roku to pamiętna data dla fanów żużla. Szczególnie w pamięć oglądających te zawody kibiców mógł zapaść wyścig siedemnasty. To tym występem i triumfem nad Krzysztofem Buczkowskim, Rafałem Okoniewskim oraz Damianem Adamczakiem zapewnił sobie miano najlepszego zawodnika w kraju. Oglądanie jego dzikiej radości, bo trudno znaleźć na to inne określenie, do dziś budzi pozytywne odczucia, choć znamy już niestety smutny finał tej historii.

Bez wątpienia była to jedna z najbardziej spektakularnych oznak radości nowo kreowanego mistrza w historii tych rozgrywek. Najpierw, tuż za metą, pokręcił głową w geście niedowierzania. Potem padł jak długi na zielonogórską nawierzchnię. Całowanie jej nie było raczej często spotykaną praktyką, a jednak Tomasz Jędrzejak właśnie to zrobił. Można powiedzieć, że jego postawa była strzałem w dziesiątkę, bo taki numer miał tego dnia na swoim plastronie. Uległ wówczas jedynie Bartoszowi Zmarzlikowi, już wtedy prezentującemu bardzo wysoki poziom.

– Bardzo się cieszę, że udało mi się dzisiaj zdobyć mój upragniony złoty medal. Marzyłem o tym całą karierę, więc wszystko przebiegało po mojej myśli, aczkolwiek musiałem być skoncentrowany – mówił wówczas przed kamerami TVP3 Gorzów Wielkopolski.

A przecież nie był to pierwszy triumf w jego karierze. I nie pierwszy podczas występów w finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski. Do swoich sukcesów zaliczyć mógł przecież brązowy medal krajowego czempionatu wywieziony w 2003 roku z Bydgoszczy, kiedy stał na podium obok Rune Holty i Tomasza Golloba. Dwa krążki w tym kolorze zdobył także podczas finałów Mistrzostw Polski Par Klubowych (2000 – Wrocław, 2001 – Piła) u boku kolegów z drużyny Włókniarza: Sławomira Drabika i Mariusza Staszewskiego – to za pierwszym razem. Za drugim partnerowali mu Grzegorz Walasek i Artur Pietrzyk.

W rozmaitych turniejach drużynowych i indywidualnych, z sukcesami, brał udział już jako junior. Pierwszy sukces, który mógł zapisać na swoim koncie, to zdobyty w wieku dwudziestu lat u boku Karola Malechy, ówczesnej młodej nadziei klubu z Ostrowa, oraz Michała Szczepaniaka, medal Młodzieżowych Mistrzostw Polski Par Klubowych.

Pomimo startów w kilku innych drużynach, m.in. w tych z Tarnowa, wspomnianej już Częstochowy czy rodzinnego Ostrowa Wielkopolskiego, to Wrocław i klub WTS był jego najdłuższym przystankiem w polskiej lidze. Z przerwami spędził w tej drużynie dwanaście lat, trzy razy wiążąc się z nią kontraktami. To barwy tego klubu reprezentował, odnosząc zwycięstwo w IMP w 2012 roku. To tutaj obdarzono go zaufaniem i funkcją kapitana zespołu.

Ostatnim polskim klubem, dla którego zdobywał punkty, była Stal Rzeszów. To właśnie z tym zespołem zawarł umowę przed sezonem 2018, jak się okazało-ostatnim w swojej karierze i życiu. Niestety, nie był to dobry wybór. Team z drugiej ligi, a więc najniższego poziomu ligowego w naszym kraju borykał się z problemami finansowymi. Do tego dołączyła fala nienawiści, którą zalali go kibice, między innymi dlatego, że wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie powrócił do macierzystego zespołu.

Te dwie przyczyny prawdopodobnie doprowadziły do tragedii, do której doszło rankiem 14 sierpnia 2018 w prywatnym raju zawodnika, a więc domu, który zbudował dla siebie i swojej rodziny w Przybysławicach w gminie Raszków niedaleko Ostrowa Wielkopolskiego. Tomasz Jędrzejak był „twarzą” tej gminy, reklamował ją na bilboardach. Jego zaczynające przygodę z tenisem i odnoszące już na tym polu pierwsze sukcesy córki miały tutaj idealne warunki do treningów.

Odebrał sobie życie w symbolicznym miejscu, warsztacie, w którym przygotowywał swoje motocykle do kolejnych startów. Jeszcze 4 sierpnia pojawił się w Lesznie, by zaprezentować się kibicom podczas kolejnego finału Indywidualnych Mistrzostw Polski. Kiedy Piotr Pawlicki powtarzał jego osiągnięcie sprzed sześciu lat i odbierał czapkę Kadyrowa, Tomasz Jędrzejak pełnił rolę jedynie zawodnika rezerwowego. Szansę na start w biegu zyskał tylko raz, po dotknięciu taśmy przez Marcina Nowaka. Zdobył wówczas swój jedyny punkt tego wieczoru.

Ostatnim ligowym występem było spotkanie w Rzeszowie 12 sierpnia 2018 przeciwko PSŻ Poznań, wygrane przez gospodarzy 59:31. Zapisał wówczas na swoim koncie 11 „oczek”. Tydzień później rzeszowscy żużlowcy wybierali się na spotkanie do Ostrowa… Po długich negocjacjach między obydwoma klubami, czy ze względu na tragedię powinno się ono odbyć, zapadła decyzja, by właśnie w taki sposób uczcić jego pamięć. Jednego zawodnika zabrakło jednak w zestawieniu meczowym. Nowi klubowi koledzy odnieśli zwycięstwo nad gospodarzami w stosunku 53:37, a po ostatnim wyścigu odbyła się wzruszająca uroczystość wspomnieniowa. Na telebimie wyświetlono zdjęcia Tomasza Jędrzejaka, a kibice na trybunach utworzyli owal żużlowy ze świec, światełek w telefonach komórkowych i innych świetlnych elementów.

Pogrzeb zawodnika odbył się cztery dni po jego śmierci i przyciągnął tłumy kolegów z toru, działaczy i zwykłych kibiców. Nie zabrakło ryku motocykli żużlowych. Wzruszającymi słowami byłego podwładnego i kolegę pożegnali prezes WTS Andrzej Rusko i Tai Woffinden. – Nie tak się umawialiśmy, Tomku. Snuliśmy razem plany na przyszłość, miałeś do nas wrócić już w innej roli-mówił Rusko cytowany przez portal internetowy ostrow24.tv. Słowa Taia Woffindena były tymi, które najbardziej poruszyły zgromadzonych, choć silne emocje nie pozwoliły mu powiedzieć wiele.

Już w rok po śmierci Tomasza Jędrzejaka kluby z Ostrowa Wielkopolskiego i Wrocławia, z którymi najsilniej był związany, rozpoczęły organizację turnieju memoriałowego poświęconego jego pamięci. Tak bowiem wynikało z umowy między drużynami, że wydarzenia te będą się odbywać naprzemiennie w tych dwóch lokalizacjach. Pierwsza z imprez odbyła się na Stadionie Olimpijskim, przybierając formę rywalizacji drużynowej. 31 marca 2019 roku walczyły ze sobą zespoły „Czerwonych”, „Niebieskich”, „Białych” i „Żółtych”, złożone między innym i z byłych zawodników Sparty Wrocław. Wygrali „Niebiescy”, w których barwach pojechali Tai Woffinden, Krzysztof Buczkowski, Jakub Jamróg i Piotr Protasiewicz.

Pamięć „Ogóra” postanowiło uczcić liczne grono kibiców – obiekt wypełniony był do niemal ostatniego miejsca. Cały dochód przekazano rodzinie zmarłego, czyli wdowie Karolinie oraz córkom Oliwii i Lilly. Wspomnieniami związanymi z kapitanem wrocławskiej drużyny podzielili się przy okazji wrocławskiego memoriału koledzy Tomasza Jędrzejaka z toru.

Nie znałem go może zbyt dobrze, ale startowaliśmy razem w Tarnowie, więc przez rok miałem okazję go poznać. Byłem wtedy juniorem. Pamiętam jednak, że był pogodny i bardzo sumienny. Świetnie radził sobie ze wszystkim, za co się wziął. Był człowiekiem o wielkich ambicjach, takim liderem drugiej linii, ale zawsze chciał uzyskać jak najlepszy wynik. To pokazuje, jak bardzo chciał jeździć i osiągać wielkie sukcesy. Aczkolwiek, czasami tak bywa, że chce się przenosić góry, ale głową muru się nie przebije – powiedział Jakub Jamróg, startujący wraz z Jędrzejakiem w barwach Unii Tarnów (2010).

Pierwszy raz zobaczyłem Tomasza bodajże w jednym z Turniejów o Łańcuch Herbowy Miasta Ostrowa Wielkopolskiego. Jeżeli dobrze pamiętam, wyjeżdżał on między biegami, jako adept tamtejszego klubu. Był ode mnie nieco młodszy, więc wtedy zaczynał dopiero swoją przygodę, to był mniej więcej 1993 rok. Wtedy zobaczyłem go pierwszy raz. (…) Nie znaliśmy się jeszcze wtedy, dopiero około 1995 roku zaczęliśmy się ścigać. Nie było między nami dużej różnicy wieku i to wtedy właśnie bardziej się zakolegowaliśmy – wspominał z kolei Piotr Protasiewicz.

Gdy zaczynałem przygodę z żużlem, Tomasz był już jednym z najlepszych polskich juniorów. Poznałem go na zawodach młodzieżowych i moim marzeniem było, żeby kiedyś go pokonać. Z czasem tak też się stało, i to na samej kresce! – to z kolei słowa Janusza Kołodzieja.

Zawsze był raczej stonowany i starał się skupić na danym wyścigu, meczu. Na torze widoczna była ekspresja, ale w parkingu już chłodna kalkulacja i skupienie przez cały czas – wspomniał znajomego Krzysztof Buczkowski. (wszystkie wypowiedzi zawodników pochodzą z oficjalnego serwisu PGE Ekstraligi).

Rodzinne miasto postanowiło uczcić tego zawodnika nieco inaczej. Poświęcono mu finałowy wyścig zamykający 67. edycję słynnego Turnieju o Łańcuch Herbowy Miasta Ostrowa Wielkopolskiego. Wzięła w nim udział najlepsza czwórka rozgrywanych 1 września 2019 roku zawodów: Bartosz Zmarzlik, Mikkel Michelsen, Daniel Jeleniewski i Szymon Woźniak. Najlepszy w tym wyścigu okazał się dwukrotny już obecnie indywidualny mistrz świata.

Każdy fan czarnego sportu, udający się do Wrocławia, może teraz odwiedzić pewne szczególne miejsce na Stadionie Olimpijskim. Do 306 miniaturowych krasnali, z których to miasto jest znane, w 2019 roku, kilka dni przed rocznicą śmierci Tomasza Jędrzejaka dołączył kolejny o wdzięcznym, choć dość oczywistym imieniu „Ogór”. Stanął on właśnie na popularnym „Olimpijskim”, miejscu, które Jędrzejakowi było tak bliskie. Figurę krasnala na motocyklu z kręcącą się przy nim gromadą zaopatrzonych w narzędzia krasnali-mechaników znaleźć można niedaleko klubowego budynku. Autorką jest twórczyni ponad stu innych wrocławskich krasnali, Beata Zwolańska-Hołod.·W odsłonięciu wziął udział Dariusz Jędrzejak, brat Tomasza i jego wieloletni mechanik, Maciej Janowski, były prezes wrocławskiego klubu Ryszard Czarnecki oraz kibice.

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments