Jak wygląda sytuacja czarnego sportu na świecie po nierównej walce ze skutkami pandemii koronawirusa i różnego rodzaju obostrzeniami? Wydaje się, że jedynym krajem, który dał sobie radę w tym zakresie jest Polska. Więcej w felietonie Bartłomieja Jejdy.

Odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule niniejszego tekstu można udzielić od razu i będzie, niestety, jednoznaczna: tak. Pandemia wpłynęła niewątpliwie na sytuację nie tylko żużla, ale sportu w ogóle. Oczywiście nie dziennikarza sportowego zadaniem jest ocenianie decyzji działań polityków, ale nie da się ukryć, że ich nierzadko chaotyczne ruchy wpływają na sytuację gospodarczą, a przy tym i na sytuację żużla. Tym bardziej, że w porównaniu do, dajmy na to – piłki nożnej, tak niszowa konkurencja jak żużel, mająca i bez pandemii dość problemów, po gospodarczo-społeczno-zdrowotnym ciosie, może się już nie podnieść.

Właściwie jedynym krajem, który pomimo pandemicznych ograniczeń w minionym roku, dał sobie radę w kontekście rozgrywek żużlowych, jest Polska. Należy tym samym pochylić nisko głowy nad działaniami zarówno PGE Ekstraligi, jak i GKSŻ. Polacy nie tylko przeprowadzili wszystkie zawody ligowe i indywidualne, ale ponadto niejednokrotnie ratowali włodarzy światowego żużla przed kompromitacją. Nie wszędzie było tak dobrze…

Działacze z Argentyny, Australii czy Nowej Zelandii dopiero mierzą się z ograniczeniami, ponieważ walka o medale w tych krajach odbywa się, gdy w Europie rywalizacja zamiera. Dajmy im więc jeszcze kilka tygodni na ocenę, a sami przyjrzyjmy się tymczasem europejskiej kondycji speedwaya w sezonie 2020.

Największym rozczarowaniem, jest chyba sytuacja żużla w Wielkiej Brytanii. Ojcowie europejskiego speedwaya nie odjechali żadnej z lig, a pojedyncze, indywidualne zawody, odbyły się niemalże rzutem na taśmę. O poziomie brytyjskiego żużla, niech świadczy fakt, że medal mistrzostw Wielkiej Brytanii zdobył… 45-letni Jason Crump, obecnie raczej rekreacyjnie traktujący ściganie. Co gorsze wieści dochodzące z Wysp nie nastrajają optymistycznie na przyszłość. Z rywalizacji wycofują się kolejne zespoły, a jedynym pozytywnym aspektem zimy stało się postanowienie systematycznego wprowadzania do ligowych składów rodzimych młodzieżowców. Pytanie, czy nie za późno? I ilu z nich będzie po rocznej przerwie skłonnych kontynuować kariery, również biorąc pod uwagę prawne zmiany brexitowe?

W porównaniu do Brytyjczyków brawa należą się działaczom w Szwecji, którzy przeprowadzili w sezonie 2020 mistrzostwa na pierwszym i trzecim poziomie rozgrywkowym, chociaż tych drugich nie udało się dokończyć. W indywidualnej rywalizacji triumfowali Jacob Thorssell (seniorzy) i Alexander Woentin (juniorzy).

Oddzieleni od Szwecji morzem Duńczycy również robili co w ich mocy, aby warkot żużlowych motocykli nie zamarł. Co prawda nie rozdano medali w Metal Speedway Leauge, ale swoje odjechali zawodnicy z drugiej i trzeciej klasy rozgrywkowej. Oczywiście rozdano również medale w rywalizacji indywidualnej, zarówno w kategorii seniorów, jak i młodzieżowców.

Trzeba przyznać, że całkiem nieźle poradziły sobie kraje mające średnio zorganizowane zawody żużlowe. Czechom niewiele brakło, by dokończyć rozgrywki Extraligi (zespół z Pragi po trzech rundach przewodził stawce), a pomimo jesiennego lockdownu medale w przyspieszonym trybie rozdano zarówno w zawodach indywidualnych seniorów, jak i młodzieżowców U-19 i U-21.

Brawa należą się również działaczom z Finlandii (rozegrano mistrzostwa drużynowe, indywidualne oraz par), Francji (przerwaną ligę wznowiono i dokończono jesienią) czy Norwegii (warto wspomnieć, że mistrzem tego kraju został zaledwie 16-letni Mathias Pollestad). Również Rosjanie na przekór całemu światu pokazali, że COVID nie taki straszny jak go malują i drużyny jeździły między sobą nawet częściej niż w latach poprzednich!

Niestety w pozostałych krajach sytuacja jest już teraz fatalna, a COVID-19 może ostatecznie zamknąć żużlowe rozdziały w Bułgarii (jedynym zawodnikiem, który startuje jest Milen Manew, zresztą mistrz Międzynarodowych Mistrzostw Rumunii), Estonii, Holandii, na Ukrainie, Węgrzech czy Słowenii (gdzie z trzech jeszcze do niedawna czynnych torów pozostały już tylko dwa).

Co prawda udało się rozegrać mistrzostwa Włoch i wspomnianej Rumunii, ale zarówno w Italii, jak i w kraju Drakuli zawodnicy rywalizowali na… jednym torze. We Włoszech po likwidacji obiektu w Lonigo pozostało osamotnione Terenzano, natomiast w Rumunii jest to Braiła.

Krótki przegląd rozgrywek sezonu 2020 zdziesiątkowanych przez pandemię COVID-19 uświadamia nam, że żużel stoi niemal na krawędzi. Szczególnie, jeśli porównamy do niego organizację rozgrywek piłkarskich czy koszykarskich. Część federacji motocyklowych planuje sezon 2021, inne z góry się poddały, czekając na coś w rodzaju cudu. Ale cud nie nastąpi. Żużel od wielu lat chyli się ku upadkowi, czego w Polsce możemy nie dostrzegać. W końcu mamy najlepszą, najbogatszą i najsilniejszą ligę świata i raczej mało kto zauważa, że jest to pokłosiem fatalnej sytuacji w reszcie żużlowego świata, który kurczy się zatrważająco szybko. Zawieszenie rozgrywek 2020 sprawiło, że część zawodników z egzotycznych dla naszego sportu krajów, odstawiło już na zawsze motocykle do garażu. Pozostali będą mieli przynajmniej rok do nadgonienia. Pomijając oczywiście pytanie, czy będą mieli w ogóle gdzie jeździć.

Najsmutniejsze jest to, że FIM wydaje się nie mieć pomysłu na ratowanie żużla. Nie opracowano ani nie wdrożono w życie żadnego planu, mogącego wyciągnąć z kryzysu żużel w krajach nie mających wielkich tradycji. Nie pomaga również od lat prowadzona wojenka pomiędzy polskimi działaczami, a resztą świata.

Nie trzeba być prorokiem, by stwierdzić, że jeśli nie wdrożymy pomysłu na rozwój „czarnego sportu”, za kilka lat nie będzie czego ratować. Sport żużlowy nie umrze z hukiem, ale zginie po wielu latach cichego konania. Kto wie, może będziemy tego smutnego faktu świadkami?

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.