20 października 2021

Rybnik stał się areną kolejnego starcia pomiędzy reprezentacją Polski i tzw. Reszty Świata. Wydarzenie wyjątkowe, w pewien sposób jubileuszowe. Kończy ono pewną erę, erę Marka Cieślaka na stanowisku trenera naszego narodowego teamu, zacznie nową. Czy będzie ona równie udana jak ta w wykonaniu „Narodowego” coacha?

Zaczęło się październikowego popołudnia dziesięć lat temu. Zgromadzeni na toruńskiej Motoarenie kibice (w tym i ja) stali się świadkami nowego rozdziału w historii żużlowych spotkań międzypaństwowych. Choć tego typu mecze rozgrywane były już wcześniej, spotkania i testmecze z rywalami z zagranicy odbywały się już choćby w latach 80., skład zespołu, z którym przyszło walczyć Polsce, nie był tak zróżnicowany. Naprzeciw siebie stanęły dwie armie: ta dowodzona przez Marka Cieślaka, w której nie mogło zabraknąć takich gwiazd reprezentacji jak Tomasz Gollob, Jarosław Hampel, Janusz Kołodziej czy Maciej Janowski, i zaciężna, zagraniczna, w której znalazły się najciekawsze nazwiska tamtego czasu, m.in. Greg Hancock, Darcy Ward, Chris Holder, Andreas Jonsson i Nicki Pedersen. Mimo wysiłków Australijczyka i Amerykanina, w obu przypadkach zdobywców trzynastu punktów, to Polska wyszła z tego pojedynku zwycięsko, choć „Reszcie Świata” zabrakło naprawdę niewiele. Na koncie Biało-Czerwonych zapisało się 47 punktów, przeciwnicy zdobyli ich „tylko” 44. Tym samym nowy rodzaj rywalizacji stał się faktem, tak jak i faktem stało się to, że mecze te z roku na rok będą coraz bardziej zacięte i wyrównane.

Rok 2012 to kolejna okazja do rewanżu dla zagranicznych sił polskich klubów żużlowych. Tym razem w Gorzowie Wielkopolskim i nie na końcu, a na początku sezonu-w kwietniu. To pierwszy z serii tych meczów, kiedy w składzie pojawił się Bartosz Zmarzlik i dał zespołowi pięć punktów. Ciężar walki po stronie Polski wziął na siebie najskuteczniejszy Krzysztof Kasprzak, zdobywca aż szesnastu „oczek” i tym samym pozostawił w cieniu Tomasza Golloba czy Piotra Protasiewicza. Przeciwnicy, w tym ponownie Ward, Jonsson i Hancock, a oprócz nich Emil Sajfutdinow, Jason Crump oraz Michael Jepsen Jensen, choć punktowali wszyscy zawodnicy, i robili, co mogli (brawurową jazdę Australijczyka jako jokera trudno zapomnieć nawet po tylu latach), znów musieli przełknąć gorycz porażki. Znów było blisko, Polacy polubili liczbę 47-tym razem na tablicy wyników na koniec oglądaliśmy rezultat 47:45.

W 2013 zmieniono nieco nazwę rywalizacji i na Stadionie Miejskim w Lublinie zorganizowano mecz pod nazwą Polska – Mistrzowie Świata. Gospodarze dzięki najskuteczniejszemu tercetowi Kasprzak-Hampel-Kołodziej wywalczyli bardziej zdecydowaną przewagę niż podczas pierwszych dwóch spotkań, 51:42. Etatowe zagraniczne trio Ward-Hancock-Pedersen okazało się zbyt słabe dla gospodarzy. 12 października 2014, Stadion Miejski w Rybniku. To tutaj odbędzie się także batalia A.D.2021, warto jednak tę datę i to miejsce zapamiętać z innego powodu. Wówczas doszło do historycznego wydarzenia, czyli pierwszej wygranej Reszty Świata nad Polakami. Zmieniony skład-zabrakło Warda, zawieszonego po skandalu przed Grand Prix Łotwy, nie pojechali także „Grin” ani Pedersen, oglądaliśmy za to Grigorija Łagutę, Mateja Žagara, Petera Kildemanda i po raz pierwszy Jasona Doyle’a – wniósł wiele świeżości do rywalizacji. W annałach zapisał się wynik 40:50, co pokazało, że również polski monolit da się skruszyć.

Ta porażka nie złamała bynajmniej podopiecznych Marka Cieślaka. W 2015, ponownie w Lublinie, powrócili silniejsi. To była bolesna zemsta, pozbawiony słabych punktów zespół oparty zarówno na sprawdzonych zawodnikach: Janowskim, Zmarzliku czy Dudku, jak i nowych twarzach pokroju Krzysztofa Buczkowskiego i Grzegorza Zengoty rozgromił wprost Resztę Świata (również odświeżoną pojawieniem się młodszego z braci Łagutów, Troya Batchelora czy Taia Woffindena aż 54:36. Jak widać, brak w składzie Tomasza Golloba, który pożegnał się z reprezentacją kilka miesięcy wcześniej (a raczej podjął taką próbę podczas falstartu Grand Prix Polski w Warszawie), nie sprawił, że polski team stracił znacząco na sile.

15 maja 2016, PGE Narodowy w Warszawie. Sprawdzeni żołnierze Marka Cieślaka, wsparci Pawłem Przedpełskim, znów ulegają przeciwnikom, tym razem o przysłowiowy „błysk szprychy”, 44:46. Do zwycięstwa poprowadzili zagraniczny team Grigorij Łaguta i Niels Kristian Iversen. To ostatni raz, kiedy Polacy pozwalają sobie na przegraną. Taki sam wynik, ale na stronę Polski, pojawia się rok później na obiekcie w Zielonej Górze. Znający lokalny owal Piotr Protasiewicz, Patryk Dudek i Grzegorz Zengota wspomagają kolegów z innych miast solidną liczbą punktów. Na nic dziesięciopunktowe zdobycze Nickiego Pedersena, Andrija Karpowa czy dziewięciopunktowa Jasona Doyle’a.

Po raz pierwszy w historii dwa mecze rok po roku mają identyczny wynik. 46:44 pada w 2018 roku na legendarnym Stadionie Śląskim w Chorzowie. Tym razem to zasługa tercetu Janowski-Kołodziej-Dudek. Bracia Holder, prawdziwy weteran tych meczów Nicki Pedersen czy Matej Zagar nie sprostali zadaniu bycia lepszymi od gospodarzy. 2019 rok to po raz pierwszy dwa mecze o takiej nazwie, jednak ilość (czyli liczba spotkań) nie wpływa na jakość. I 22 kwietnia w Rzeszowie, i 12 października w Rybniku Polska zapisuje na swoim koncie wygraną. Ta z Rybnika jest najwyższą w dziejach-aż 58:32. To ostatni zapis w kronikach tych spotkań, w ubiegłym roku ze względów pandemicznych nie oglądaliśmy zawodników w kolejnym odcinku tego serialu.

Liczby i ostatnie dokonania zdecydowanie są po stronie Polaków. Czy nowy rozdział w dziejach reprezentacji otworzy się po ich myśli? Czy Marek Cieślak pozostawi po sobie dobre wrażenie, na pożegnanie wygrywając kolejne starcie?

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments