Dzień Kobiet to dobra okazja, aby opublikować kolejny odcinek w ramach naszego cyklu „Kobiety speedwaya”, w którym przybliżamy sylwetki przedstawicielek płci pięknej, które kiedyś – lub teraz ścigają się w lewo.

Dziś kobiety jeżdżące w lewo na motocyklach bez hamulców są czymś, co wpisało się w krajobraz tego sportu. Jednak jeszcze piętnaście czy dwadzieścia lat temu były one sporą ciekawostką. Jedną z pierwszych zawodniczek w naszym kraju była opolanka Sylwia Pszon, która nie miała tak łatwo, jak mają obecnie adeptki „czarnego sportu”. Jak sama wspomina – kobiety miały zakaz uprawiania sportu żużlowego.

Gdy Pszon dostała „zielone światło” zaczęła pisać swoją, ale i polską historię kobiecego żużla. W internecie można się natknąć na wiele ciekawych materiałów czy też anegdot związanych z naszą dzisiejszą bohaterką. W serwisie wrocławskiej Gazety Wyborczej można przeczytać historię taką: „[…] kiedy do opolskiej szkółki żużlowej przychodzili młodzi adepci, trener puszczał ich na tor razem z Sylwią. Pozwalał jej ściągnąć kask dopiero wtedy, kiedy zjeżdżała z powrotem do parku maszyn, po zwycięstwie o długość prostej. Kilku z upokorzonych młodzieżowców skończyło przygodę z żużlem na tym jednym treningu”.

Konrad Cinkowski (twojportalzuzlowy.pl): W jednym z wywiadów czytałem, że od zawsze „rozbijałaś” się na motocyklach. W jakim wieku zainteresowałaś się „czarnym sportem” i czy była to tzw. miłość od pierwszego wejrzenia?
Sylwia Pszon: Od maleńkiego dziecka ojciec z dziadkiem zabierali mnie na wszelakie imprezy sportowe, jakie miały miejsce w Opolu, w tym najczęściej na żużel, więc jest to miłość od małego dziecka. Sama również już w wieku sześciu lat zaczęłam uczęszczać do szkoły pływackiej, a w piątej klasie należałam do klubu jeździeckiego. Wydaje mi się, że miłość do sportu po prostu zawsze we mnie była. Ponieważ uwielbiałam jednoślady, to zapragnęłam również jazdy na motocyklu, który od małego podziwiałam z wysokości trybun.

– Po jakim czasie dojrzałaś do decyzji, że też chcesz jeździć na żużlu?
– W tamtych czasach kobietom nie wolno było jeździć na żużlu. Przez dwa lata prosiłam o pomoc pana trenera Mariana Spychałę. Po tym czasie chyba zobaczył, że jestem bardzo uparta w tym temacie, bardzo mi zależy i po dwóch latach moich próśb wysłał mnie podczas jednego z egzaminów na licencję żużlową na badania psychotechniczne. Po pozytywnym przejściu badań usłyszałam od pana od którego zależała decyzja, że nikt nie zabrania mi się zabić i w ten sposób otrzymałam zgodę. Natomiast już wcześniej trener Piotr Żyto znalazł lukę w przepisach, według której nigdzie nie było o tym, że nie wolno kobiecie trenować i tak zaczęła się moja ponad sześcioletnia przygoda z żużlem.

– Czyli obu panów można określić ojcami chrzestnymi twojej żużlowej przygody.
– Dzięki trenerowi Spychale i jego wstawiennictwu wyżej, moja sprawa ruszyła do przodu, a jako pierwszy trener wziął mnie pod swoje skrzydła Piotr Żyto. Przez te kilka lat trenerów miałam kilku, ale tak się złożyło, że Piotr był moim pierwszym i ostatnim trenerem.

Sylwia Pszon w akcji (fot. archiwum rozmówczyni)

– A co na to najbliżsi, a w szczególności rodzice?
– Moja mama przez ten cały czas była przerażona, natomiast od ojca dostałam pieniądze na osprzęt i mówił, że jest ze mnie dumny. Ale nie towarzyszył mi na treningach czy pokazach. Wiem jedynie od znajomych, że zawsze był na trybunie, ale mi się do tego nie przyznawał. Natomiast moi najbliżsi znajomi bardzo mnie wspierali.

– Wspomniałaś, że te twoje początki łatwe nie były. A jak do tematu kobiety na żużlu podchodził klub?
– Klub nigdy mi nie robił żadnych problemów, a wręcz przeciwnie – bardzo mnie wspierał. W ówczesnych czasach, a były to lata dziewięćdziesiąte i obowiązywały jeszcze stare komunistyczne przepisy. O ile dobrze pamiętam, w tym czasie w Polsce zabroniono kobietom uprawiania trzech dyscyplin sportu.

– Dla żużla porzuciłaś nawet pracę. Możesz coś opowiedzieć więcej na ten temat?
– Pracowałam wtedy na zmiany i kolidowało to z treningami, więc musiałam wybrać. Podjęłam decyzję o zmianie pracy i nigdy tego nie żałowałam.

– W obecnych czasach zawodniczki muszą się mierzyć ze sporą dawką hejtu. Jak to było w czasach, gdy ty jeździłaś w lewo?
– Owszem, usłyszałam nie raz, że „baby to do garów”, ale pewnie nie można zupełnie tego porównać do teraźniejszych czasów, gdy w mediach społecznościowych anonimowo można każdego obrazić… Pewnie teraz po ukazaniu się tego materiału przekonam się na własnej skórze, co to znaczy hejt.

Sylwia Pszon pomiędzy Robertem Kużdżałem (#10) i Tony Rickardssonem (#9). Z prawej trener Marian Wardzała (fot. archiwum rozmówczyni)

– A koledzy ze szkółki czy z pierwszej drużyny, jak Cię odbierali?
– Pomimo, że w klubie panowała koszmarna bieda, to zawsze mogłam liczyć na ich pomoc, czy to chodziło o sprzęt, czy wskazówki na torze. Wydaje mi się, że relacje były takie, jakie być powinny, może świadczyć o tym fakt, że po tylu latach kilkanaście miesięcy temu zostałam zaproszona na spotkanie byłych zawodników Kolejarza Opole.

– Na co dzień trenowałaś na torze, gdzie wychował się i często gościł pierwszy polski mistrz świata. Była okazja, aby pan Jerzy Szczakiel udzielał jakichś wskazówek?
– Czasem pojawiał się na meczu i wtedy oczywiście niejednokrotnie rozmawialiśmy i przekazywał mi swoje spostrzeżenia.

– A kto był dla Ciebie takim wzorem do naśladowania?
– Może nie do naśladowania, ale imponował mi Sam Ermolenko. Jego sposób bycia oraz to, że uprawiał dyscyplinę z olbrzymimi sukcesem pomimo tego, że miał jedną nogę krótszą o pięć centymetrów. Następnie takim zawodnikiem był Tomasz Gollob i tutaj chyba już nie muszę tłumaczyć dlaczego.

– Miałaś okazję poza opolskim torem jeździć we Wrocławiu oraz w Częstochowie. Były jeszcze jakieś tory? I który był pani ulubionym?
– Nie jestem pewna, czy wszystkie pamiętam, ale na pewno: Zielona Góra, Rybnik, Kraków, Tarnów, Ostrów Wielkopolski, Piła i Łódź. Oczywiście moim ulubionym był ten krótki tor opolski, ale bardzo miło wspominam też treningi na częstochowskim owalu. Byli tam naprawdę fajni i pomocni ludzie, a trenerem był pan Marek Cieślak, który wiele razy bezinteresownie udzielał mi wskazówek.

Sylwia w towarzystwie zawodników Włókniarza Częstochowa (fot. archiwum rozmówczyni)

– W internecie można znaleźć wiele materiałów z czasów, gdy byłaś w szkółce opolskiego klubu, chociażby wywiad Tomasza Lorka. A jak to teraz jest, z nazwijmy to „popularnością”?
– Kilkanaście lat temu wyjechaliśmy z mężem do Holandii, więc nikt tutaj mnie nie znał. W mediach społecznościowych natomiast się zdarza. Kilka dni temu kibic z Gniezna przesłał mi nasze zdjęcie, kiedy grupa ich fanów gościła na naszym stadionie.

– Coraz popularniejszy w naszym kraju staje się żużel-amatorski, gdzie zaczynała swoją karierę Weronika Burlaga, a także ścigała się np. Marysia Przybyłek. Nie myślałaś o powrocie na tor i ściganiu „dla zabawy”?
– W regionie, gdzie mieszkam, to praktycznie żużel nie istnieje, więc nie mam nawet nad czym się zastanawiać, bo nie ma tu takiej możliwości. Po drugie w przeciągu dwóch lat miałam cztery operacje złamanego nadgarstka, który niestety nie powrócił do pełnej sprawności. Mam w tej chwili problem, aby kontynuować jazdę konną, a co dopiero na motocyklu. Po trzecie, nie jestem dwudziestolatką.

– Gdybyś mogła cofnąć się w czasie i ponownie dokonać wyboru, to jazda na żużlu pojawiłaby się raz jeszcze?
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale myślę, że tak.

– Dziękuję za rozmowę. Czy chciałaby pani dodać coś od siebie?
– Korzystając z okazji, to chciałabym życzyć: naszemu niepowtarzalnemu mistrzowi Tomkowi Gollobowi, jak najszybszego powrotu do zdrowia, Bartkowi Zmarzlikowi kolejnej obrony tytułu IMŚ, a „mojemu” Kolejarzowi Opole upragnionego awansu. Również dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że do zobaczenia kiedyś na stadionie.

źródło: inf. własna

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.