18 września 2021

Zwykliśmy mówić, że trawa w ogródku sąsiada jest zawsze zieleńsza, a więc że inni mają lepiej i mamy im czego zazdrościć. Można tę zasadę zastosować do, notabene, trawiastych torów żużlowych, na których niestety rządzą i dzielą przedstawiciele innych nacji, w tym naszych sąsiadów – Niemiec i Czech.

Polskich sukcesów próżno szukać w historii „żużlowego Euro” w tej odmianie żużla, nie dysponujemy przecież nawet takimi obiektami, na których żużlowcy mogliby trenować swoje umiejętności. Niemcy z powodzeniem ścigają się od dawna, Czesi mieli Zdenka Schneiderwinda, multimedalistę ME na trawie: dwa razy złotego (1998 i 2000), trzykrotnie srebrnego (1999, 2001, 2002) oraz brązowego (1996). Pozostaje nam więc obserwować, jak rzecz ma się w przypadku innych nacji. Może jeszcze kiedyś Polacy doczekają się swojego ambasadora, kogoś na wzór Grzegorza Knappa, w tej odmianie żużla, a nasi południowi sąsiedzi następcy mistrza Zdenka?

Ponownie, słowem wstępu teoretycznego: tory, na którym mogą odbyć się takie wyścigi, mają od 450 do 1300 metrów. Jego nawierzchnia musi stanowić jednolitą powierzchnię trawiastą. Mistrza Starego Kontynentu na konkretny rok wyłaniają dwa turnieje półfinałowe oraz finał. Same pojedyncze zawody składają się z dwunastu wyścigów, z których dziewięć stanowią biegi eliminacyjne, następnie miejsce mają dwa półfinałowe oraz finał. W przeciwieństwie do zawodów klasycznych, w każdym z tych biegów oglądamy w walce aż sześciu zawodników, którzy na swoim koncie za udział w jednym wyścigu zdobywają nie maksymalnie trzy punkty, a obowiązuje ich następująca punktacja: 5 oczek za zwycięstwo, za dalsze miejsca 4, 3, 2 i 1. Jak przekonamy się po składzie narodowościowym podiów oraz lokalizacjach finałów, to kraje Europy Zachodniej oraz Skandynawii ukierunkowały się na tę „gałąź” żużlowego „przemysłu”. Tak jak w przypadku torów długich, swoje zasługi ma między innymi Holandia, gdzie kilkukrotnie organizowano finały mistrzostw Starego Kontynentu i która dała temu sportowi przynajmniej kilku niezłych żużlowców.

Lars Zandvliet podczas zawodów na torze trawiastym (fot. Coralie Lamarque)

Ten członek żużlowej rodziny swojego mistrza koronuje od 1978 roku. To wtedy najlepsi w tej odmianie czarnego, (choć w tym przypadku powinniśmy chyba mówić o zielonym?) sportu spotkali się po raz pierwszy w imprezie takiej rangi. Ugościło ich Hereford w Anglii, liczące nieco ponad 50 tysięcy mieszkańców miasto leżące w regionie West Midlands niedaleko granicy Anglii z Walią. To w tym hrabstwie mieszczą się znane każdemu fanowi brytyjskiej „szlaki” miasta z klubami żużlowymi: Wolverhampton, Birmingham i Coventry. Najlepszy okazał się wówczas Chris Baybutt, reprezentant gospodarzy, za jego plecami uplasowali się Franz Kolbeck z ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec i Don Godden. Tak, ten zawodnik odnosił sukcesy nie tylko na torach klasycznych czy długich, ale także w konkurencji trawiastej. Nie był on jedynym zawodnikiem związanym z wieloma odmianami żużla, oglądanym na torach trawiastych.

Swoich sił próbował na przykład Jeremy Doncaster, pięciokrotny medalista drużynowych mistrzostw świata w żużlu klasycznym; którego znany z występów w barwach Unii Tarnów i Victorii Machowa, także w odmianie trawiastej odniósł sukces, zostając mistrzem w 1982 roku (finał w Damme w RFN). Wyzwanie wyścigów na trawie podejmowali również Simon Cross, Brytyjczyk znany kibicom Startu Gniezno, Rif Saitgariejew, Gerd Riss czy Václav Milík senior, a dobrze nam znany Martin Smolinski, nieco sensacyjny zwycięzca nowozelandzkiej rundy Speedway Grand Prix na torze klasycznym z 2014 roku. Ciekawostka: mamy także „polski ślad” w dziejach tych rozgrywek. W 1994 roku w finale rozgrywanym w niemieckim Cloppenburgu wystąpił nie kto inny, jak sam Tomasz Gollob. Zajął wówczas siódme miejsce.

Nasz indywidualny mistrz świata z 2010 roku z toru klasycznego nie był jedynym biało-czerwonym na torach klasycznych. Ten rodzaj jazdy w lewo uprawiał również chociażby jego brat – Jacek, a także m.in. Andrzej HuszczaAdam ŁabędzkiZenon Plech, czy Piotr Paluch, Adolf Słaboń, Eugeniusz Dzik, Czesław Piwosz i Andrzej Marynowski.

Wyścig Grasstrack (fot. Coralie Lamarque)

Wracając do europejskich finałów: w 1979 roku arena zmagań stało się holenderskie Assen, dobrze znane fanom żużla, goszczące wiele imprez rozmaitej rangi. Swój marsz po wiele późniejszych medalowych pozycji rozpoczął Gerald Short, Brytyjczyk startujący później także z licencją zachodnioniemiecką. Günther Brackland z RFN wywalczył drugą pozycję, trzecią ex aequo reprezentant gospodarzy Tjalle Rietsma wraz z Anglikiem Johnem Brichterem. Rok później w Bad Waldsee w RFN Short uplasował się na drugiej pozycji, za Willim Stauchem z zachodnich Niemiec właśnie, a przed Sture Lindblomem, obywatelem Kraju Trzech Koron.

Mistrzem Europy w 1984 roku, w rywalizacji rozgrywanej w Eenrum w Holandii, został Martin Hagon. Brzmi znajomo? Ależ oczywiście. Syn Alfa Hagona, zawodnika również związanego z wyścigami na trawie, który później wraz z ojcem założył firmę produkującą części do motocykli, dziś jednego z wiodących sponsorów wielu zawodników światowej czołówki. Z reklamami biznesu panów Hagon na swoich kombinezonach ścigali się Hans Andersen, Nicki Pedersen czy Lee Richardson.

Rok 1997 był wyjątkowy. Na skutek eksperymentalnego połączenia mistrzostw świata na torach długich i trawiastych, nie wyłoniono najlepszego zawodnika Europy. Rok później zawody przeszły pod opiekę Europejskiej Unii Motocyklowej UEM i już nieprzerwanie wyłaniają nowych mistrzów. Do najpopularniejszych zawodników XXI wieku, wyłanianych w finałach rozgrywanych naprzemiennie na terenie Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii należą Theo Pijper (Holandia), Stephan Katt (Niemcy), Jannick de Jong (Holandia), Dirk Fabriek (Holandia). I w ostatnich latach pojawiali się na trawiastej nawierzchni jeźdźcy znani z np. brytyjskiej klasycznej ligi żużlowej: bracia Stéphane i Mathieu Trésarrieu, Dimitri Bergé czy Zach Wajtknecht. Szczególnie nazwisko Bergé może się polskim fanom wydawać znajome. Ten mistrz i wicemistrz świata na długim torze, zarówno indywidualnie, jak i drużynowo, indywidualny mistrz Europy na torze trawiastym z 2018 roku, pojawił się także w polskiej lidze, zdobywając punkty dla takich drużyn jak Stal Rzeszów czy Polonia Bydgoszcz.

Statystycznie rzecz biorąc, na 43 rozegrane od 1978 roku finały ·dwunastokrotnie gościły w Holandii (obiekty w Assen, Eenrum, Joure, Uithuizen, Noordwolde, Siddeburen, Staphorst); czternastokrotnie w Niemczech – przed zjednoczeniem w Republice Federalnej Niemiec (tory w Bad Waldsee, Damme, Nandlstadt, Werlte, Cloppenburg, Schwarme, Berghaupten, Bielefeld, Hertingen, Bad Hersfeld), jedenaście razy zawodnicy przyjeżdżali na stadiony francuskie (La Reole, Saint-Colomb-de-Lauzun, Les Artigues-de-Lusac, Saint-Macaire, Tayac), jeden raz finał odbył się w Belgii.

Martin Smolinski (fot. Coralie Lamarque)

Pięć razy organizowano je na torach brytyjskich (Hereford, Swingfield, Skegness, Leamington Spa). To tutaj odbył się pierwszy i tu odbędzie się na razie ostatni, czyli tegoroczny, finał, a więc historia zatoczy koło. Wielka Brytania dała tej dyscyplinie także najwięcej złotych medalistów, czternastu. Trzynastu reprezentowało Niemcy. Siedmioro z nich pochodziło z Holandii, trzech z Czechosłowacji/Czech, jeden ze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz jeden z… Australii. Steve Johnston, bo o nim mowa, to reprezentant Australii właśnie, który w 1996 roku, kiedy mistrzostwa miały nieco bardziej otwartą formułę, został mistrzem Starego Kontynentu. Dwa razy (Robert Barth z Niemiec w 1990 i James Shanes z Wielkiej Brytanii w 2017 ) mistrzowie obronili tytuły zdobyte rok wcześniej. Tylko jednemu zawodnikowi w historii, a był to Jannick de Jong z Holandii, udało się zdobyć trzy tytuły z rzędu (2013, 2014, 2015).

W ubiegłym sezonie we francuskim Tayac najlepszy okazał się Mathieu Trésarrieu. W tym roku najlepsi pościgają się w Royal Leamington Spa, uzdrowiskowym mieście w środkowej Anglii – 15 sierpnia. Dla kogo to miejsce okaże się szczęśliwe?

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments