Nikt nie wie, jaki scenariusz pisze mu życie. To zdanie idealnie pasowałoby do Ricka Millera, który w 1992 roku wraz z bydgoską Polonią świętował złoty medal mistrzostw Polski, a pięć lat później debiutował w roli filmowego kaskadera.

Throwback Thursday, czyli wspomnieniowy czwartek. W mediach społecznościowych te dwa wyrazy poprzedzone tradycyjną kratką oznaczającą hasztag są niezwykle popularne. Tego dnia, czyli w każdy czwartek użytkownicy social mediów dzielą się swoimi starymi zdjęciami – z dzieciństwa czy też czasów szkolnych, a np. sportowcy z okresu, gdy byli u progu swoich wielkich karier.

Twój Portal Żużlowy w każdy czwartek w godzinach wieczornych będzie dołączał się do „wspomnieniowego czwartku” poprzez publikację tekstów dotyczących zawodników, którzy zjechali już z torów, a przed laty tworzyli oni piękną historię naszego sportu. Drugim bohaterem cyklu „Twarze Speedwaya” będzie Rick Miller, a właściwie to Richard Leonard Miller, który na świat przyszedł 12 stycznia 1961 roku w Los Angeles.

Sportowa przygoda Millera rozpoczęła się od ścigania w BMX, gdzie jako nastolatek zdobył dwa krajowe tytuły. Potem jeździł w południowej Kalifornii na motocrossie, by stamtąd przesiąść się na motocykle bez hamulców i jeżdżących tylko w lewo. Pisanie kart historii swojej kariery żużlowej rozpoczął jako 20-latek, a rok później zaczął zdobywać pierwsze trofea. W 1982 roku został mistrzem toru w Venturze oraz wygrał indywidualne mistrzostwa „US Open” na torze Owego w stanie Nowy Jork.

„Pszczołą” się jest, a nie bywa
W 1982 roku rozpoczął podbój europejskich torów. Jako 21-latek trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie związał się kontraktem z Coventry Bees. „Pszczołom” był wierny przez całą swoją brytyjską karierę, czyli przez jedenaście sezonów i świętował zdobycie z tym zespołem czterech medali na krajowym „podwórku”. W 1983 i 1985 żużlowcy z Coventry stawali na najniższym stopniu podium, z kolei w latach 1987-88 świętowali najcenniejsze zdobycze. Miller nie należał do liderów, ale był solidnym ogniwem, wykręcając średnie biegowe na poziomie 6-8 punktów. Najlepszy sezon zaliczył w 1987 roku. Jego wynik wyniósł wówczas 8,20, a co ciekawe – Coventry tego roku było niepokonane i zapisało się w historii brytyjskiego speedwaya. Nigdy wcześniej żadna ekipa tego nie zdołała dokonać.

Sześciokrotny medalista DMŚ
Rick Miller szybko dołączył do czołówki amerykańskiego speedwaya i został jednym z reprezentantów kraju na arenach międzynarodowych. 12 sierpnia 1983 roku zadebiutował w finale Drużynowych Mistrzostw Świata. Na tor w Vojens nie było mu dane jednak wyjechać, a koledzy, zdobywając 27 punktów zdołali wywalczyć brązowe medale światowego czempionatu ulegając Duńczykom (37 „oczek”) oraz Anglikom (29), a pokonując nieliczących się kompletnie tego dnia Czechosłowaków (3). Na kolejny występ w DMŚ przyszło mu czekać trzy lata i co ciekawe wrócił podczas zawodów w… Vojens. Ponownie jako rezerwowy, ale tym razem z trzema startami za Bobby’ego Schwartza, który po upadku i defekcie wycofał się z zawodów. Miller szału nie zrobił, bo ugrał ledwie jeden punkt pokonując Erika Stenlunda. Później Miller „dorzucił” dwa biegi w zawodach w Bradford, gdzie znów zastępował Schwartza. Duńczycy w trzyrundowym cyklu MŚ wywalczyli srebrne medale.

W kolejnych latach Miller był już zdecydowanie większym wsparciem dla kolegów, ale wraz ze swoją ekipą ciągle brakowało im czegoś, by zdobyć upragnione złoto. W 1987 roku (DMŚ nadal liczy trzy rundy) Amerykanie wywalczyli brązowe medale. Później drużynowy czempionat powraca do formy jednodniowego finału, a Miller i spółka z optymizmem patrzą na finał w Long Beach. Na Veterans Meorial Stadium muszą jednak uznać porażkę z Duńczykami i znów zadowolić się srebrem. Kolejny rok (1989) to blamaż w Bradford. Reprezentacja Stanów Zjednoczonych zdobywa ledwie 8 punktów, z czego sześć „oczek” to wynik Kelly’ego Morana a dwa Grega Hancocka.

Długo wyczekiwane marzenie udało się spełnić w 1990 roku. 16 września w Pardubicach Kelly Moran (12 punktów) i Sam Ermolenko (11) prowadzą swoją reprezentację do złotego medalu. Miller jednak w dwóch startach przy swoim nazwisku zapisywał zerówki i drugą część zawodów oglądał z perspektywy parku maszyn. Po raz ostatni w finale DMŚ wystartował w 1991 roku, gdy jego drużyna w Vojens osiągnęła trzecie miejsce.

Dwa razy w finale IMŚ
Miller wielokrotnie przystępował do eliminacji światowego czempionatu w rywalizacji indywidualnej, ale do tego najważniejszego turnieju udało mu się dotrzeć tylko dwukrotnie – w 1990 i 1992 roku. Jego pierwsza droga do finału IMŚ rozpoczęła się w Long Beach, gdzie zajął czwarte miejsce w finale krajowych eliminacji. Przepustki dalej zyskali także Shawn Moran, Billy Hamill i Greg Hancock. Kolejnym przystankiem był Finał Zamorski w Bradford, gdzie osiem „oczek” dało siódme miejsce i awans do finału Interkontynentalnego. W nim Miller osiągnął dziesięć punktów i jako piąty zawodnik turnieju zakwalifikował się do światowego finału. Zawody na Odsal Stadium w Bradford rozpoczął dosyć udanie – dwie dwójki i trójka sprawiły, że po trzech seriach startów z siedmioma punktami zajmował szóste miejsce. Później jednak zaprzepaścił szansę na walkę o medal i ostatecznie zajął dopiero dziewiąte miejsce.

Drugi w karierze start w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata zaliczył w 1992 roku na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. W jednodniowym finale każdy wyścig może być na wagę medalu, tymczasem Miller rozpoczął od zerówki, gdy w czwartym biegu dnia oglądał plecy Gerta Handberga, Mitcha Shirry i Zdeněk Tesařa. Późniejsze sześć punktów pozwoliło mu ostatecznie zostać sklasyfikowanym na jedenastym miejscu.

„Lew” i „Gryf”, czyli dziewięć spotkań w Polsce
Przez dwa sezony ścigał się także w kraju nad Wisłą. W 1991 roku, gdy radykalne zmiany dotknęły częstochowski speedway, a Włókniarz postanowił otworzyć szerzej okno na świat, to Miller był jednym z kilku zakontraktowanych wtedy stranieri. Oprócz Amerykanina do drużyny dołączyli m.in. Australijczyk Todd Wiltshire oraz dwaj Czesi – Jan Holub i Petr Vandírek. 30-letni wówczas „Jankes” spisywał się bardzo przyzwoicie, bowiem w ośmiu meczach na tor wyjechał do trzydziestu ośmiu biegach, a w nich wywalczył 76 puntów i siedem bonusów, co złożyło się na średnią biegową 2,184. – Powiem ci, że chciałem zrobić jeszcze więcej! (śmiech dop. red.). Podróże do Polski w sobotę w nocy po meczach na Wyspach były jednak męczące. Nie kojarzę, abym spał kiedykolwiek więcej niż cztery godziny, kiedy miałem ścigać się w niedzielę w Polsce – przyznał Miller w jednym z wywiadów.

Szczególnie udanie zaprezentował się 7 lipca w Grudziądzu, kiedy to przy jego nazwisku pojawiło się trzynaście „oczek”. Wraz ze świetnym tego dnia Dariuszem Rachwalikiem (11+2) oraz równie skutecznymi Janem Holubem (10+1) i Sławomirem Drabikiem (10) przyczynili się, że Włókniarz tego dnia minimalnie wygrał z teamem, dla którego punkty zdobywali tego dnia m.in. Piotr Baron (14) i Robert Kempiński (5). Dwucyfrowe wyniki przy nazwisku Millera w barwach „Lwów” pojawiały się jeszcze czterokrotnie, jeśli weźmiemy pod uwagę również bonusy (11+1, 11, 10+1, 9+1). – Mieliśmy bardzo dobry zespół. Najbardziej zaskoczył mnie właśnie „Slammer” Drabik, ponieważ nigdy o nim nie słyszałem, nim przyjechałem do Polski. Przyjemnością było startować oraz podróżować wraz z Toddem. To był inteligentny zawodnik.

Od lewej: Józef Kafel, Sławomir Drabik, Andrzej Puczyński, Dariusz Rachwalik, Jan Holub, Rick Miller oraz Marek Gadzinowski (fot. Waldemar Deska)

Po roku pod Jasną Górą przeniósł się do bydgoskich „Gryfów”, ale tam dostał ledwie jedną szansę. Polonia ściągnęła go na inauguracyjny mecz we Wrocławiu, gdzie Miller nie przypominał kompletnie tego zawodnika, który był jednym z liderów Włókniarza w sezonie poprzednim. Na Stadionie Olimpijskim ugrał ledwie dwa punkty (D,-,0,2) i poniekąd tym występem zakończył swoją przygodę z ligowym speedwayem w Polsce, ponieważ więcej w naszej lidze nie wystartował, a rok później zakończył swoją karierę. Nie ukrywał, że powody takiej decyzji były tak naprawdę dwa. Pierwszym był fakt, że w lidze angielskiej wprowadzono nowe stawki finansowe i Miller musiał przystać na spore cięcie płac. Drugim były z kolei ograniczenia w lidze szwedzkiej z dwóch zawodników o statusie „stranieri” do jednego i wówczas dla Amerykanina zabrakło miejsce.

Miłym akcentem na pewno może być fakt, że Miller, choć wiele czasu w Polsce nie spędził, to ma bardzo dobre zdanie o naszej ojczyźnie. W wywiadach mówił otwarcie, że kocha Polskę i ma wiele wspaniałych wspomnień z czasu, który spędził w naszym kraju, a nasi rodacy zawsze byli dla niego bardzo mili, przez co czuł się tutaj wyjątkowo.

Z toru żużlowego do świata filmu
Kilka lat później rozpoczął się niejako nowy etap życia Ricka Millera. Amerykanin w 1997 roku rozpoczął swoją karierę… na szklanym ekranie. Ma trzy epizody w roli aktora, ale przede wszystkim skupiał się na pracy jako kaskader filmowy. Jako aktor na pewno nie odgrywał ról pierwszoplanowych, ponieważ zagrał w takich produkcjach jak: „Beverly Hills Ninja” (motocyklista), „Y2K: Year to Kill” (sprzedawca w sklepie spożywczym) oraz w „Mrs. Death” (człowiek jeżdżący samochodem marki Hummer). Podkładał jeszcze głos w serialu animowanym „Ripley’s Believe It or Not”. W tym samym roku zadebiutował jako kaskader – w filmie „Kłamca, kłamca” oraz „Con Air – lot skazańców”.

W miarę upływu lat grał coraz częściej jako kaskader, a mogliśmy go zobaczyć m.in. w takich filmach jak: „Jeźdźcy Apokalipsy”, „Torque: Jazda na krawędzi”, „Incepcja”, „Terminator 3: Bunty maszyn”, „Batman – początek”, „Transformes 3” czy również w „Faceci w czerni III” i „Narodziny gwiazdy”. Filmów, w których zagrał jako stunter jest na dzień dzisiejszy łącznie 68, a ze wszystkimi pozycjami można zapoznać się TUTAJ. W tym roku do tego licznego dorobku dopisał dwie kolejne pozycje za sprawą filmów „Tenet” oraz „Boss Level”. Oprócz tego, że sam jest czynnym kaskaderem, to podjął się również wyzwania koordynowania pracą swoich kolegów po fachu czy też następców na planach filmowych.

Miller był nominowany do wielu nagród jako kaskader, a czterokrotnie udało mu się zwyciężyć. W 2009 roku odebrał trofeum za najlepszą pracę z pojazdem w filmie „The Dark Knight”, a rok później za najlepszą specjalistyczną akcję kaskaderską w „Terminator Salvation”. – Byłem bardzo szczęśliwy, że odnosiłem sukcesu jako profesjonalny zawodnik. Miałem również udany czas w branży filmowej jako kaskader. Udało mi się pracować z jednym z najlepszych dyrektorów oraz koordynatorów kaskaderów i brał mnie na niektóre z największych filmów. Zdobyłem wiele nagród za swoją pracę jako kaskader i wciąż robię dobrą pracę w tej branży. Kocham swoją pracę, tak samo, jak jazdę na żużlu – wspominał kilka lat temu Rick Miller w wywiadzie dla serwisu cz.info.pl.

Na koniec drodzy czytelnicy przyznajcie się, ile filmów z udziałem Ricka Millera jako kaskadera udało wam się obejrzeć i czy zdawaliście sobie sprawę, że w pewnym momencie na ekranie zamiast prawdziwego aktora był właśnie Drużynowy Mistrz Polski z 1992 roku?

źródło: inf. własna

POLECANE

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ten artykuł jest dostępny tylko w zagraniczej odsłonie tego serwisu.